DZIENNIK Z PODRÓŻY:
11 sierpień
Budzę się ponownie około szóstej rano i... oczom nie wierzę nadal stoimy na stacji benzynowej, którą widziałam o drugiej w nocy.
Postanawiam iść z Karolą na stację, żeby dowiedzieć się jak daleko do Pekinu. Chinki pracujące w sklepie nie mogą nas zrozumieć. Ja już nie wiem jak mam próbować im pokazać o co nam chodzi. W końcu udaje się... Harbin jest 400 kilometrów za nami, a do Pekinu brakuje nam tylko... 800 kilometrów!!! Wiedziałam, że to mało prawdopodobne aby wciągu czternastu godzin przejechać 1200 kilometrów. Ciekawe jak te Chińczyki mają zamiar to rozwiązać! W tej chwili dobija 9:30 i nic. Nadal stoimy. Próby grzebania w silniku szybko się kończą. Podobno czekamy na drugi autobus, ale licho wie jak długo będziemy na niego czekać i czy to w ogóle prawda. Chińczyki - pasażerowie nic sobie z tego nie robią. Śmieją się, rozmawiają, jedzą... czym doprowadzają do tego, że autobus i jego otoczenie przeistacza się w śmietnik.
Czas nieubłaganie ucieka, ale w końcu koło 11:00 przyjeżdżają dwa małe autobusy. Hmm, teraz czeka nas przepakowanie, no bo nasz ,,zepsuty grat" wypakowany był po brzegi różnym towarem, każda najmniejsza szczelina była zapełniona. Najpierw ładujemy siebie i bagaże, a potem patrzymy jak w autobusie w przejściu rośnie i rośnie sterta pudeł z owocami. Chyba wkrótce zapiszę się na kurs latania, jeżeli tak będzie dalej.
Dojeżdżamy do kolejnej stacji benzynowej, gdzie kierowca zarządza... obiad. Ja chyba wkrótce oszaleję!!! Czy tu nikogo nie obchodzi dotarcie do Pekinu??? Zapada noc... jestem już tak tym wszystkim zmęczona, że zasypiam. Budzę się na przedmieściach Pekinu, patrzę na zegarek... 1:30 w nocy! Tylko 19 godzin spóźnienia. Wysiadamy, gdzieś w mieście, ale gdzie nie wiemy. Bierzemy taksówkę, która wiezie nas dość duży ,,kawałek". Docieramy do hotelu, w którym wita nas nieuprzejma recepcjonistka, która twierdzi że miejsc nie ma! Idziemy poszukać innego hotelu. Opatrzność nad nami czuwa, bo już po kilku minutach na po drugiej stronie ulicy Karola dostrzega hostel. Miejsca są. Przykładam głowę do poduszki, rety... jestem w Pekinie... zasypiam.

12 sierpień
Już o 11:00 opuszczamy hotel i pierwsze co robimy to kierujemy się na dworzec kolejowy, aby kupić bilety na pociąg do Szanghaju, gdzie za kilka dni się udajemy. Znajdujemy kasę dla obcokrajowców, gdzie kupujemy bilety.
Z dworca idziemy ruchliwymi ulicami stolicy na Plac Tienanmen, bo według Reni to ,,bardzo blisko" jakieś dwadzieścia minut... co w rzeczywistości trzeba pomnożyć przez trzy... Wszędzie trwa budowa, bądź przebudowa, jak na jakimś wielkim placu remontowym. Wszystko, co przypomina biedę jest wyburzane i zastępowane nowoczesnym budynkiem, znikają powoli hutongi - dzielnice biedoty chińskiej. Robi to wrażenie. Poza tym miasto przygotowuje się już na Igrzyska Olimpijskie, które będą się tutaj odbywać w 2008 roku. Do każdej pracy drogowej zatrudnionych jest ,,tysiąc" robotników. To nie tak, jak w Polsce, kiedy praca idzie powoli, bo do rozbijania asfaltu jest tylko jeden młot pneumatyczny. Tutaj w Pekinie z takim młotem w ręku na raz pracuje kilkudziesięciu robotników.
Ale wracając do naszego spacerku... dochodzimy na sławny Plac Tienanmen, który jest niczym pustynia w centrum Pekinu. Cały wyłożony płytami chodnikowymi. Zabieramy się za oglądanie całego placu. Stojąc tyłem do Bramy Niebiańskiego Spokoju, mamy przed sobą cały Tienanmen, a na nim Wielka Hala Ludowa, w której zbiera się chiński parlament, a w przerwach obrad hala jest dostępna dla zwiedzających. Poza tym na środku placu znajduje się Mauzoleum Mao, któremu Chińczycy pomimo zadawanego okrucieństwa okazują wielki szacunek. Po południowej stronie placu stoi Pomnik Bohaterów Ludowych. Płaskorzeźby przedstawiają najważniejsze wydarzenia rewolucyjne, które miały miejsce w Chinach.

13 sierpień
Pobudka o szóstej rano... Jedziemy sobie ulicami Pekinu i mam wrażenie, że nigdy z niego nie wyjedziemy jest tak ogromny. Miasto o poranku przykrywa zasłona smogu - miejskiej mgły, która jest charakterystyczna dla tak ogromnego miasta. Jedziemy już przez miasto od półtorej godziny, po drodze mijamy place na których ćwiczą Chińczycy. Place te przypominają nasze fitness cluby, z tą różnicą, że te w Chinach są na świeżym powietrzu.
Kiedy tak jadę myśli krążą mi wokół pracy w Chinach. Oprócz tego, że do każdej czynności jest tysiąc robotników, to wszyscy pracują. Nawet na przystanku autobusowym ludzie pracują machając czerwoną chorągiewką. Chociaż tak naprawdę to nie wiem jaki to ma sens, bo autobus i tak zatrzymuje się w tym miejscu. W sumie to teraz wiem dlaczego Chińczycy tak śmiecą... dzięki temu można dać pracę pokaźniej liczbie ludzi, którzy biegają z szufelką i miotłą. Gdyby Chińczyk nie śmiecił, nie byłoby co sprzątać i w ten sposób wiele osób nie mogłoby pracować. Patrzę sobie na mijane szyldy po chińsku i zastanawiam się jak można wymyślić taki skomplikowany język, znaki. Dziwnie się czuję, bo nic nie rozumiem, gdyby to chociaż były inne literki, a tak te krzaki...
Dojeżdżamy do Simatai skąd widzimy wijący się po górskich szczytach mur chiński. Postanawiamy część drogi na mur pokonać kolejką linową. Dojeżdżamy gdzieś tak do połowy wysokości, a potem pozostaje nam wdrapywanie się do góry. Jestem na Wielkim Murze Chińskim!!! Nie mogę w to uwierzyć....

14 sierpień
Kolejny dzień w stolicy Chin. Najpierw idziemy zwiedzać Park Świątyni Nieba z licznymi pagodami. Co można zobaczyć w parku... Yuanqiu, czyli Okrągły Ołtarz. Na północ od ołtarza znajduje się Huiyin Bi - Mur Echa - gdzie słowa wypowiedziane szeptem po jednej stronie z łatwością docierają do ucha osoby znajdującej się po przeciwnej stronie. Dalej znajduje się Cesarska Świątynia Nieba stojąca przy Pawilonie Modlitwy o Doroczny Urodzaj.
Dalej wybieramy Park Beihai, do którego drepczemy wzdłuż murów Zakazanego Miasta. Park Beihai to dawny teren zabaw cesarskich. Nad Nefrytowa Wyspą góruje wysoka Biała Dagoba, z której widzę budowle Zakazanego Miasta spowite gęstym smogiem. Wracamy do hotelu... Po drodze mijamy ladę, na której leży obdarta ze skóry głowa psa... makabryczna rzecz! Oni naprawdę jedzą te biedne psiaki!!! Fakt w kartach dań w restauracjach widziałam już potrawy z psa. Poza tym w pewnej chwili słyszymy znaną nam melodię... to Budka Suflera z ,,Takim tangiem", ale coś nie tak, bo słowa są po chińsku. W Chinach wiele wykonawców śpiewa utwory zagraniczne zmieniając je na chiński, ale żeby polskie??? Tego to się nie spodziewałam.

15 sierpień
To ostatni dzień w Pekinie, więc jedziemy zatłoczonym do granic możliwości autobusem, a potem metrem do świątyni lamajskiej - Yonghe Gong. Autobus był niczym z jakiegoś dreszczowca, bo o mało nie zostawił mnie na jednym z przystanków, a Reni drzwi przygniotły nogę!!!
Po zwiedzaniu jedziemy na dworzec, przechodzimy przez bramki, gdzie sprawdzają nam bilety i pędzimy do pociągu. Okazuje się, że przyszłyśmy trochę za późno do pociągu i Chińczyki zajęły wszystkie dostępne miejsca na bagaże. Udaje się nam jakoś dwa plecaki wcisnąć, ale pozostałe dwa lądują w przejściu między siedzeniami. Równa się to z totalna katastrofą, bo co chwile trzeba je przenosić, gdyż cały czas kursują tędy wózki z jedzeniem z wagonu restauracyjnego. Tragedia...
Chińczycy żrą w pociągu na potęgę. Wsiadając można przestraszyć się widoku ich siatek z jedzeniem. Ma się wrażenie, ze zamierzają podróżować co najmniej tydzień. W ogóle nie jedzą chleba. Jedyna co mają to słodki chleb z rodzynkami. Poza tym w połączeniu z polskim pasztetem, którego wieziemy ze sobą kilkanaście puszek smakuje tak, że chyba sam pasztet zbrzydnie mi na dłuższy czas. Nikomu nie polecam tego połączenia.
Jeszcze słów kilka o pracy Chińczyków. Nie mogę przestać ani o tym myśleć, a tym bardziej pisać, bo jest to nad wyraz frapujący mnie temat. Trawa... będzie o trawie. Jakoś wcześniej nigdy się nie zastanawiałam nad tym, ale teraz po tym jak zobaczyłam cały zastęp Chińczyków, którzy sadzili trawkę, uwierzę, że jednak jest to możliwe. Mają ze sobą na poletku worki z sadzonkami trawy i źdźbło po źdźble sadzą jedno obok drugiego. I to całkiem pokaźnej długości są te trawki!!! Czy ktoś kiedyś w Polsce widział sadzących trawę? Ja bynajmniej nie. O ileż to jest proste zasianie czegoś takiego i to przez jednego człowieka. Owszem proste, ale pracę ma wtedy tylko jeden człowiek, a poza tym wykona ją dość szybko W Chinach każdy ma pracę, więc zamiast siać, sadzi trawę.

16 sierpień
Szybciej niż się spodziewałam dojeżdżamy do Szanghaju. Całą noc kiedy jechałyśmy lało. Czyżby jeszcze trwała pora deszczowa??? Wysiadamy z pociągu, ależ jest parno. Czym tu oddychać? Już wiem jak czują się ryby pozbawione wody... właśnie tak jak ja w tej chwili. Próbuję się jakoś przyzwyczaić, co nie jest łatwe po opuszczeniu klimatyzowanego pociągu. Nagle zaczyna padać...
Pierwsze co robimy to udajemy się do kas. Hurra!!! Mamy bilety na 18 sierpnia do Guilin, tak więc pierwsza priorytetowa sprawa załatwiona. Teraz czas na hotel. Wiemy jak się nazywa, tylko nie wiemy gdzie jest... co przy 16 - milionowym mieście stanowi raczej nie lada problem.
Docieramy do hotelu Pujiang, który jest pierwszym hotelem wybudowanym w Szanghaju. Mam nadzieję, że tutaj będą miejsca, bo nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Uff, miejsca są!!! Mamy zaszczyt mieszkać w hotelu w którym zatrzymywali się między innymi takie osobistości jak Albert Einstein czy prezydent USA - Grant. takich molochów???
Nasz hotel znajduje się blisko Bundu nad rzeką Huangpu, która jest jedną z odnóg ujściowych Jangcy.
W końcu postanawiamy wyjść z hotelu i dokładniej sprawdzić jak wygląda to miasto. Nie jest to łatwe, bo za oknem jest ponownie niezła ulewa. Jednak wychodzimy ubierając nasze płaszcze przeciw deszczowe. Wody na chodnikach jest dużo, prawie po kostki, ale jest tak ciepło, że aż miło jest w nim brodzić. Nigdy czegoś podobnego nie czułam... i nawet nie chce tego próbować w Polsce. Leje jak z cebra, a my w płaszczach i pod parasolami spacerujemy ulicami miasta. Rety, to naprawdę jest monsun letni przynoszący opad. Jakoś nigdy sobie tego nie wyobrażałam w taki sposób.

17 sierpień
Kolejny dzień w Szanghaju. Fundujemy sobie trzygodzinną wycieczkę po rzece Huangpu - jednym z ujściowych ramion rzeki Jangcy. Po drodze z bliska możemy przyjrzeć się gmachom centrum ,,świata" - Pudongu. Tak na marginesie, to właśnie Szanghaj zostanie organizatorem Expo 2010. Jest się czym pochwalić.
Leje i leje... mam nadzieję, że przestanie, bo w planuję jeszcze spacerek o zachodzie słońca, aby zrobić jakieś zdjęcie oświetlonego Bundu. W końcu przestaje padać, całe szczęście bo już zaczynało mi się nudzić w tym hotelu. Najpierw maszerujemy na handlową ulicę Szanghaju, gdzie od ilości jarzących się kolorowych neonów z chińskimi krzakami można dostać oczopląsu. Nadrzeczny bulwar wypełniony jest tysiącami ludzi. Również oświetlony.

18 sierpień
Ostatni poranek w Szanghaju. Przestaje padać, ale mgła jest dzisiaj taka, że nawet budowle Pudongu są ledwie widoczne... jak dobrze, że wszystkie fotki zrobiłam wcześniej. A poza tym gorąco, duszno..., co za klimat! Kiedy człowiek wyjdzie z klimatyzowanego budynku, wilgoć zawarta w powietrzu natychmiastowo do niego się przykleja. Czuję się dzisiaj fatalnie, bo mam katar!!! Tragedia mieć katar latem, w Chinach w takim klimacie!!! Wykończyła mnie wczorajsza klimatyzacja na statku. Wewnątrz chłodnia, a kiedy wyłaziło się na pokład ukrop. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, bo nie uśmiecha mi się grypa.
Trafiamy do Yu Yuan Shangcheng - bazaru w ogrodach Yu. Jest to jedna z największych atrakcji Szanghaju.
W końcu jedziemy na dworzec, ledwie przeżywając ścisk w szanghajskim autobusie. Zaczynam tęsknić za polską komunikacją... Dzisiaj nauczone doświadczeniem nie przychodzimy na ostatnią chwilę. Najpierw sprawdzanie biletów przed wejściem, potem bagaże zostają prześwietlone. Kolejny etap, to udajemy się do naszej hali ,,oczekiwań" na pociąg. Siedzą tam już tłumy ludzi, więc i my też się dosiadamy. W pewnej chwili przy bramkach zaczyna się robić małe zamieszanie, bo Chińczyki tłoczą się przy nich. Czyżby za chwilę mieli wpuszczać na peron??? Ależ tak! Bramki się otwierają, kolejne sprawdzanie biletów i pędem do wagonu, co przy ilości naszego bagażu nie zależy do prostych zadań. Pędzimy ile sił w nogach, bo nie uśmiecha nam się przestawiać plecaki w przejściu przez 24 godziny za każdym razem kiedy będzie jechał wózek z jedzeniem. Jak było można się spodziewać, co chwilę przejeżdża wózek z jedzeniem. Najlepszy jest ten z... wędzonymi kurzymi łapkami, które po 5-6 sztuk nabite są na patyczek. Naprawdę!!!! Nie są to udka tylko zwykłe łapki!!! A ostatnio myślałam, że mi się wydaje, iż widzę na ulicy kobietę wsysającą się w taką łapkę. Ohyda po prostu ohyda! Chińczycy odłamują pazur po pazurze i wysysają miąższ, czy co tam w środku jest po czym resztę wywalają nie gdzie indziej, jak na podłogę. Jak widać potrafią zjeść wszystko.

19 sierpień
Jednak nie jest mi dane spać... bo już od szóstej rano zaczynają jeździć te przeklęte wózki z jedzeniem. Jak można spać w takich warunkach??? Jesteśmy coraz dalej na południu Chin... Za oknem zmienia się krajobraz, inna roślinność. Pojawiają się w końcu palmy bananowe, coś niesamowitego.
Jest świetnie, przynajmniej ja tak uważam, z głośników brzmi chińska muzyka, po raz kolejny przejeżdżają obok mnie owe kurze łapki. Ich ilość znacznie się zmniejszyła... Ogólnie sielanka, jedyne co mi doskwiera to potworny katar, że już nie wiem co z tym zrobić. Na dodatek czuję, że jest coraz gorzej.
Hihi, wózek z łapkami znowu przejeżdża obok mnie. Nie mogę się oprzeć, aby zajrzeć ile tych łapek jeszcze zostało. No tak... tylko dwa patyczki, ale Chińczycy się tym zajadają! Mija parę minut i wózek wraca, zaglądam jak mają się łapki, a łapek... brak. Bez dwóch zdań cieszą się powodzeniem.
Docieramy do Guilin. W strugach deszczu dostrzegam informację turystyczną dokąd szybko udaję się z Karolą w nadziei na znalezienie hotelu. Czekamy i po 10 minutach zjawia się bardzo sympatyczny pan, który załatwia nam hotel po całkiem przystępnej cenie, poza tym wycieczkę na rowerach po Yangshuo z przewodnikiem oraz transport autobusem na granicę z Wietnamem. Lepiej chyba być nie mogło, tym bardziej, że jest już prawie 22:00 i cały czas leje.

20 sierpień
Jedziemy do Yangshuo, które położone jest wśród prześlicznych, wapiennych wzgórz. W Yangshuo rowerami jeździmy po bezdrożach, błocie, wśród krasowych pagórów, pół ryżowych, wiejskich, biednych chat, pasącego się bydła, miejscowej ludności, która za wszelką cenę chce nam sprzedać pocztówki. Trafiamy w miejsce, gdzie na drodze toczy się normalne wiejskie życie. Dziecko w nawadniającym pola kanale czyści bawoła wodnego, stara przygarbiona i biała jak śnieg Chinka prowadzi innego bawoła, jeszcze inna Chinka wygląda jak dziwoląg, bo ma na sobie niesamowite szaty, a rewelacją jest kapelusz z którego opadają ogony. Drogą idą kobiety, które w tradycyjnych, chińskich nosidełkach niosą dzieci, aż cud, że im nie wypadną. Ale tu panuje klimat!!!
Jedziemy dalej, dojeżdżamy pod jeden z ogromnych pagórów, pod którym zostawiamy nasze rowery i wspinamy się do góry. Jest tak duszno, że pot z nas leje się strumieniami i nie jest to przenośnia tylko stuprocentowa prawda. Naszym celem jest Księżycowa Jaskinia, którą widać z dołu, a nazwa jej jest bardzo trafna. Przypomina kształtem właśnie księżyc. Wejście zajmuje nam sporo czasu, bo w tym klimacie nie jest to łatwe, ale poniesiony trud zostaje nam wynagrodzony na szczycie. Widok jaki z tego miejsca roztacza się na okolicę jest nieziemski. Wszędzie widać krasowe pagóry, a wśród nich wije się rzeczka Li.
Wracamy do hotelu w Guilin najpierw kąpiel, jedzonko, solidna dawka leków i szybko wskakuje pod kołdrę. Uff, jak gorąco... ale co począć, muszę jakoś postawić się na nogi.

21 sierpień
Po śniadaniu ruszamy zobaczyć Guilin. Wędrując docieramy do miejsca zwanego Xiangbi Shan czyli Wzgórza Słoniowej Trąby, które w rzeczy samej przypomina słonia zanurzającego trąbę w rzece. Stąd idziemy dalej, przechodzimy przez rzekę Mostem Wyzwolenia - Jiefang Qiao. Po drugiej stronie rzeki trafiamy na ciekawe widowisko. Przed nową restauracją w szyku stoi w mundurkach kilkanaście kelnerek, drugą równie liczną grupę stanowią kucharze. Oczywiście jest wiele przemówień i w końcu do restauracji zbliżają się ludzie z bębnami oraz przebrani za chińskie lwy. Na każdego takiego lwa składa się dwoje ludzi, którzy wprawiają w taniec lwa. Wszystko to odbywa się w rytm muzyki bębnów, a dwa lwy tańczą przed wejściem, po czym wchodzą tańczą w środku i ponownie trafiają przed restaurację. Świetne widowisko, na dodatek bardzo barwne, bo lwy są w kolorze pomarańczowym i żółtym.
Po obejrzeniu otwarcia chińskiej knajpki ruszamy dalej do Parku Siedmiu Gwiazd. Podobno jest on jednym z najładniejszych chińskich parków miejskich. Nazwa parku pochodzi od siedmiu wapiennych wzniesień, które ponoć układają się we wzór przypominający konstelację Wielkiej Niedźwiedzicy. We wzgórzach kryją się jaskinie. W hotelu czekamy na naszego informatora, który zabiera nas do swojego biura, gdzie musimy chwilę poczekać, bo autobus ,,trochę" się spóźni. Uwielbiam to! Tuż przed 19:00 przyjeżdża po nas taksówka i wiezie nas w miejsce postoju autobusu, który ma zawieźć nas na granicę z Wietnamem. Kierowca ładuje nasze bagaże w luku oczywiście na docisk. Na przystanku trzeba było docisnąć klapę, bo była niedomknięta. Obyśmy tylko podczas drogi nie straciły części bagażu! Wyjazd z miasta przeciąga się w nieskończoność. Nie rozumiem dlaczego Chińczycy nie szanują czasu podróżnych. Co chwilę zatrzymujemy się, bo dosiadają się nowi pasażerowie, to znowu kierowca zaczął wymieniać akumulator w autobusie (świetnie się zaczyna...), potem zapragnął zjeść kolację. Też się zatrzymuje, po czym z restauracji przynosi sobie swoją kolację i na dodatek popija piwem.... Dawno już zapadł zmrok, ciekawe czy my mamy zamiar dzisiaj wyjechać stad czy też nie.
A dalej było tak... kiedy w końcu koło 20:30 udaje nam się opuścić Guilin w pewnym momencie wjeżdżamy na nieziemsko wyboistą drogę, a może właśnie jej tam nie było? W każdym razie rzuca nami na tych wybojach niemiłosiernie, nawet nie ma mowy o żadnym spaniu. Myślę sobie gdzie my zmierzamy? Dlaczego jedziemy jakimiś poboczami? Czy tu nie ma innej drogi? Patrzę za okno, a w mroku można dopatrzyć się konturów wysokich gór. W końcu zasypiam, ale budzę się bo kierowca przestał przeraźliwie trąbić i czuję, że jedziemy bardzo wolno. Nikt nie śpi. Wszyscy patrzą. Z jednej strony autobusu mijamy inny pojazd z czymś w rodzaju kontenera, a z drugiej, jakoś nie mogę dojrzeć. Otwieram okno, a tam w mroku widzę... przepaść. Mijamy ją kilka centymetrów od krawędzi. Robi mi się bardzo gorąco. Dobrze, że jedziemy nocą i nie widać tego za dnia... Kiedy jestem świadkiem tego niesamowitego manewru przypomina mi się to, co czytałam w przewodniku przed wyjazdem. Był w nim opis jakiegoś obcokrajowca, który wspominał swoją równie traumatyczną podróż. Nie myślałam, że i ja będę miała okazję przeżyć coś takiego!!! No nic idę spać. Nie czuję się dobrze... choroba daje się we znaki. Marzę o tym by po prostu zasnąć.
Nocą mijamy Zwrotnik Raka. Tak daleko na południu jeszcze nie byłam... Nocą kierowca zajeżdża na stację, na której zarządza mycie autobusu. Biedne nasze bagaże...
W pewnym momencie, kiedy już udało mi się zasnąć, jeden gość z obsługi autobusu wyrywa mnie ze snu wrzeszcząc: Pingxiang!!! Pingxiang!!!. Co znowu u licha??? Gość każe nam wysiadać, ale dlaczego??? To nie może być miejscowość graniczna, bo jest dopiero czwarta rano, a na granicy mamy by gdzieś koło ósmej. Okazuje się, ze dotarliśmy do Nanningu i mamy tutaj... przesiadkę! O tym nikt nas nie raczył poinformować!!! Zresztą po co? Hmm, ale kiedy my ruszamy dalej? Z zawieszonej na autobusie kartki wynika, że odjazd jest zaplanowany na 6 rano. A niech to! Idę spać, bo nie wytrzymam tego dłużej, a właściwie mój schorowany organizm. W autokarze tym nie ma ani siedzeń, ani łóżek, jest coś, co przypomina fotel w statku kosmicznym. Jak zajmuję swoje miejsce to ma wrażenie, że zaraz mnie wystrzelą w kosmos!!

22 sierpień
Budzi mnie nagłe poruszenie w autobusie, to Chińczyki ładują się do wnętrza. Zerkam na zegarek, no tak dochodzi 6:30 i już pół godziny spóźnienia. Słyszę, jak Renia narzeka. Najpierw była zadowolona z miejsca, które zajęła na tyłach autobusu, a teraz Chińczyki uczynili z niej bagażową i przerzuca dość spore toboły.
Jedziemy... godziny mijają jedna za drugą. Znowu zmienia się krajobraz, coraz więcej bananowców, co mnie niezmiernie cieszy, a mijane wsie wyglądają, jak z końca świata. Patrzę, jak ludzie transportują zwierzęta - kury, kaczki, świnki. Żywe podróżują w koszykach.... widzę kaczki przywiązane za nogi do kierownicy roweru. Jedna z nich dziobem szoruje po drodze.
Kiedy dojeżdżamy do jakiejś małej miejscowości, wszyscy obcokrajowcy, którzy jadą do Wietnamu zostają przerzuceni do innego autobusu.

TU WIETNAM
Wstecz
Dalej