DZIENNIK Z PODRÓŻY:

22 sierpień
Do Pingxiangu dojeżdżamy w okolicach południa i jak należy się domyślać zaczyna się kolejna zabawa. W końcu dowiaduję się, co mieli na myśli autorzy przewodnika pisząc, że na przejście graniczne jeżdżą specjalne taksówki na motorze. A jak wygląda taka taksówka? Bardzo prosto. Jest to nic innego, jak motor z... przyczepką, która mnie osobiście kojarzy się z miniaturką wozu, jaki jeździł po wielkich preriach Stanów Zjednoczonych.
Rozpoczyna się targowy spektakl związany z wynajmem takiej taksówki. Chińczycy żądają znacznych pieniędzy za przyjemność odwiezienia obcokrajowców na przejście graniczne. Oprócz nas jest jeszcze sześcioro innych obcokrajowców. Zacięte targi trwają. Bierze w nich udział nasza dzielna Renia, bo nikt tak jak ona nie potrafi się targować. Trwa to dość sporo czasu, ale w końcu udaje się. Wsiadamy po dwie osoby z bagażami do jednej takiej przyczepki i ruszamy. Aśka z Renią znikają nam szybko z horyzontu. Przed nami jakieś 10 kilometrów do granicy. Z naszą "pierdziawką", jak nazwałyśmy z Karolą pojazd, bo wydaje właśnie taki odgłos, zaczyna się dziać coś dziwnego, a Chinka będąca za kierownicą cały czas się do nas odwraca i uśmiecha. To nie wróży nic dobrego. Wydaje nam się, że jedziemy coraz wolniej i wolniej, a silnik zaraz się zakrztusi. Inie mija dużo czasu, silnik zdycha. Musimy złapać sobie nową ,,pierdziawkę". Udaje się i z całym bagażem przesiadamy się do nowego pojazdu. Która to przesiadka na dzisiaj??? Sama się w tym pogubiłam. Jedziemy dalej... w mieście praktycznie nie ma żadnego samochodu wszyscy poruszają się przy pomocy tych dziwacznych pojazdów.
Zbliżamy się do granicy. Jesteśmy na najpopularniejszym przejściu granicznym zwanym Przełączą Przyjaźni. Idziemy na terminal chińskiej odprawy. Czynności przebiegają dość szybko. Uiszczamy opłatę wyjazdową z kraju. Dokładnie przeglądają nasze paszporty. Chyba nie często zdarza się tutaj jakiś turysta z Polski. Potem bierzemy nasz plecaki i piechotą przemieszczamy się kilkaset metrów do przejścia z Wietnamem. Najpierw przechodzimy przez szlaban, gdzie sprawdzają nam paszporty, potem wchodzimy do wietnamskiego budynku odprawy. Zaczyna się stanie w kolejkach. Najpierw w jednym okienku odbieramy deklaracje celne, potem czeka na nas drugie okienko, gdzie pieczętują deklaracje, dalej powrót do pierwszego okienka, i sprawdzanie naszych paszportów. Panowie z okienek przyglądają nasze paszporty z ciekawością. Dokonujemy małego skoku w czasie, bo przestawiamy zegarki o jedna godzinę do tyłu i do czasu warszawskiego mamy różnicę tylko pięciu godzin.
Witaj daleki Wietnamie!!! Uff, ale co teraz? Przed budynkiem nie ma nic oprócz wietnamskiego lasu! Część obcokrajowców już odjechała. Dogadujemy się z dwojgiem turystów, którzy jechali z nami do granicy, okazuje się że starszy gość jest z Australii, a dziewczyna z Irlandii. Wynajmujemy po długich targach dwie taksówki, które mają nas zawieźć do Hanoi - stolicy Wietnamu. Jednak to za piękne żeby mogło być prawdziwe, bo wkrótce okazuje się, że stajemy na stacji benzynowej, gdzie wyładowują nas z taksówek i wciskają do busa. Zdzierstwo i to za osiem dolarów! Właściciel busa dopycha bagaże i nas na docisk. Potem jedzie jak opętany jakąś szaleńczą siłą i oczywiście przeraźliwie trąbi. Jesteśmy w pierwszej miejscowości w Wietnamie - Dong - Dang. Co chwilę zatrzymujemy się dopychając do busa coraz więcej pudeł i pudełek oraz innych chętnych do jazdy. Krążymy i krążymy po mieście, a ja mam wrażenie, że nigdy to się nie skończy. Jedna rzecz mnie cieszy, to, że zginęły chińskie krzaki, bo Wietnamczycy używają normalnych liter. Fakt, że i tak nic nie rozumiemy z tego, co jest napisane, ale literki, to literki. W końcu wyjeżdżamy z miasta.
Jedna rzecz zaskakuje mnie niezmiernie, bo pośród pól ryżowych stoją groby. Czasem pojedyncze, czasem kilka razem. Chyba już zawsze Wietnam będzie dla mnie krajem, gdzie ludzie śpią pośród pól ryżowych.
Dojeżdżamy do przedmieść Hanoi. Domy są w stylu kolonialnym, a co najciekawsze wyglądają niczym wąskie kiszki. Na szerokość takiego budynku przypada tylko jedno pomieszczenie, ale taka budowla ma wtedy jakieś 4-5 pięter. Poza tym pięknie pomalowana jest tylko ściana frontowa, a ściany boczne są tylko otynkowane. Dlaczego? Z prostej przyczyny, pomiędzy dwoma takimi kiszkami można wybudować kolejną, więc nie opłaca się tego malować. Gdy wjeżdżamy do miasta wybucha mała awantura, która jest uwerturą do następnej. Kierowca chce nas wysadzić byle gdzie. Australijczyk wkurza się i ostatecznie wiozą nas w odpowiednie miejsce. Tutaj z kolei dochodzi do kolejnej już większej afery, bo kiedy chcemy płacić, gość nie chce dolarów tylko wietnamskie dongi. Tym razem Aśka denerwuje się i to nie na żarty. Mówi, że jak ten kierowca nie chce pieniędzy, to nie dostanie nic. Ostatecznie jednak je bierze.
Mamy szczęście, jak spod ziemi pojawia się sympatyczny Wietnamczyk, który prowadzi nas do tańszego hotelu. Znajdujemy się w starej dzielnicy francuskiej. W dodatku obsługa hotelu jest bardzo miła i wszystko może nam załatwić poczynając od wymiany pieniędzy do zorganizowanych wycieczek. Trafiamy do pokoju znajdującego się na ostatnim - czwartym piętrze. Szerokość budynku jakieś 4 metry. Całkiem przyjemnie, jest nawet klimatyzacja i taras, z którego roztacza się widok na stolicę. Widok nie jest imponujący, bo widać praktycznie same domy - kiszki z tarasami podobnymi do naszego i na dodatek zagraconymi.
Stolica zaskakuje nas swoją innością. Życie toczy się tutaj na chodniku. Przez ulicę ciężko jest przejść, bo porusza się po niej niezliczona ilość skuterów. Ma się wrażenie, ze zostanie się za chwilę przejechanym, ale widać, iż Wietnamczycy są dobrymi kierowcami. Trzeba wykonać niezły slalom pośród skuterów przechodząc przez ulicę. Tak w ogóle to ktoś, kto porusza się piechotą ma ciężki orzech do zgryzienia, bo zazwyczaj idzie nie chodnikiem tylko poboczem ulicy. Dlaczego nie chodnikiem? Już wyjaśniam. Jak wcześniej wspomniałam na chodniku toczy się normalne życie. Tutaj siedzą ludzie, gotują, jedzą, rozmawiają, a część chodnika jest zastawiona niezliczoną ilością skuterów. Tak więc jeśli idzie się chodnikiem, to trzeba również i tu robić slalom. Najwygodniej jest jednak poruszanie się obok chodnika, już po ulicy, ale trzeba uważać na jadące skutery...

23 sierpień
Po śniadaniu pierwszą rzeczą jaką robimy, to zaopatrujemy się w porządne plany miasta i ruszamy zwiedzać.
Z planem stolicy w ręku snujemy się po wąskich, zatłoczonych i głośnych uliczkach. Pokonywanie przez nas Hanoi piechotą należy do nie lada wyczynu. Kierujemy się w stronę jeziora Hoan Kiem znajdującego się w mieście. Jak dla mnie jest to ewenement, bo do tej nie widziałam, żeby w jednym mieście, na dodatek w stolicy znajdowało się tyle jezior.
Potem idziemy do kolejnego parku z jeziorem Bay Man, gdzie w cieniu palm siadamy sobie, aby spróbować wietnamskiego piwa. Muszę powiedzieć, że jest niczego sobie, ale butelki oczywiście o pojemności 0,64 litra, co po wypiciu całości i przy temperaturze gdzieś koło 40 stopni przyprawia o całkiem spory zawrót głowy. Po opuszczeniu parku idąc małą uliczką dostrzegamy sklepik, w którym można zaopatrzyć się w wódkę z kobrą lub inną gadzinką. Bardzo nam się to podoba i... kupujemy. Jestem zadowolona, bo w mojej butelce jest piękna kobra, która jakby tego było mało trzyma w pysku inną, zieloną żmiję. Ciekawe czy spodoba się to w domu? Po obiedzie idziemy nad jezioro Tay, które dla mnie w ogóle jest już czymś niesamowitym, bo jest ogromne!!! A dlaczego tam idziemy? Renia kupując pocztówki zobaczyła młyn wodny i chciała bardzo go zobaczyć, a przeglądając plan miasta dostrzegła w okolicach jeziora sygnaturkę koła wodnego. Renia oczywiście zapewnia że jest to blisko. Nam jednak tak się nie wydaje. Stoimy nad jeziorem i dyskutujemy iść tam czy nie, bo wg planu w jedną stronę jest dobre 6 kilometrów. Nasze zawzięte dyskusje przerywa nam dwóch rikszarzy, którzy proponują nam przejazd wokół jeziora (przy okazji okazuje się, że jest to 15 kilometrów!!!) za trzy dolary od osoby. Nie jest to drogo, wiec decydujemy się skorzystać. Wsiadamy do rikszy po dwie - ja z Renią, Karola z Aśką i jedziemy. Rikszarze pedałują, a nie jest im łatwo. Wiozą nas w stronę ,,koła wodnego", bo Renia pokazała im co chce zobaczyć. Jedziemy sobie różnymi małymi uliczkami, mając okazję przyjrzeć się ludziom i prowadzonemu przez nich życiu na ulicy.
Hmm, nagle dostrzegamy z Renią jej ,,koło wodne", które okazuje się nim nie być!!! Sygnaturka na planie miasta nie oznaczała żadnego koła wodnego tylko... wesołe miasteczko z ogromną karuzelą w kształcie koła... Wszystkie zaczynamy śmiać się z tego ,,koła wodnego", ale cóż trzeba tam dojechać i dać wytchnąć naszym niestrudzonym rikszarzom. Zapewne musieli się dziwić, dokąd chcemy jechać. W końcu nasza rikszowa wycieczka dobiega końca, żegnamy się z przewoźnikami i udajemy się na handlowe uliczki Hanoi w pobliżu naszego hotelu. Zapada szybko zmrok, tak więc tułamy się nimi przy świetle padającym ze sklepików i oczywiście dokonujemy małych zakupów, zaopatrując się w wódkę ryżową.

24 sierpień
Wstajemy z wielkim trudem koło szóstej rano, bo czeka na nas wycieczka nad Zatokę Halong.
Jadąc dość wertepiastymi drogami docieramy do miasta Halong położonego nad zatoka o tej samej nazwie. Zanim pojedziemy nad sama zatokę udajemy się na obiad. W menu dzisiaj mamy owoce morza. Sama jestem ciekawa, co też będziemy takiego jadły. Zasiadamy do stołów i zaczynają wjeżdżać różne potrawy: krewetki w cieście, klopsiki niewiadomego pochodzenia, wołowina w sałatce, albo coś co ją przypomina, sałatka z glonów, oraz inne mniej lub bardziej rozpoznawalne sałatki warzywne. Mnie smakują bardzo krewetki w cieście... hihi, tylko trzeba im odgryzać małe płetewki, bo upiekli je razem z nimi. Aśka, to już nie chce jeść nic innego, jak tylko krewetki.
Po pysznym obiedzie jedziemy nad Zatokę Halong. Wspaniała zatoka Halong razem z trzema tysiącami wysp, wynurzającymi się z czystych, szmaragdowych wód zatoki Tonkin, jest jednym z wietnamskich cudów natury. Na tych małych wysepkach można znaleźć niezliczone ilości plaż i grot, stworzonych przez wiatr i fale. Najbardziej imponująca jest grota Hang Dau Go - olbrzymia jaskinia, złożona z trzech sal. Nazwa Ha Long oznacza ,,tam, gdzie smok zanurzył się w morzu" i odwołuje się do legendy o smoku, który stworzyć miał zatokę i wyspy machnięciami swojego ogona. Odpływamy z portu... widoki prześliczne. Widać małe wyspy i sterczące z wody pagóry, podobne do tych z Yangshuo. W końcu dopływamy do jednego z ogromnych pagórów i zatrzymujemy się na zwiedzanie ogromnej jaskini. Jest przepiękna. W życiu nie widziałam większej jaskinie. Całe jej wnętrze jest podświetlone kolorowymi światłami, co nadaje jej niesamowitego uroku. Gdziekolwiek się obejrzę widzę nacieki - stalaktyty, stalagmity, draperie o najróżniejszych kształtach. Trasa w jaskini prowadzi najbardziej wymyślnymi i krętymi ścieżkami i schodkami, raz w górę to znów w dół. Najchętniej zostałabym tutaj dłużej, ale muszę pędzić za wycieczką, bo i tak już straciłam wszystkich z oczu. Po wyjściu udaję się do drugiej jaskini. Ta z kolei nie jest już taka piękna, jak poprzednia, ale zachowała swoją surowość. Nie ma w niej kolorowych świateł, ale też coś w sobie ma. Cały czas robię fotki, ale zastanawiam się co z nich w tych ciemnościach wyjdzie.
Po zwiedzaniu wracamy na nasz statek i płyniemy dalej wśród sterczących pagórów. Trafiamy do rybackiej wioski na wodzie. Łódki - domki z całym dobytkiem łącznie nawet z psami, zajmują mała zatoczkę pomiędzy pagórami. Tutaj przesiadamy się na małą łódź, za którą trzeba osobno zapłacić.
Po przypłynięciu do portu wracamy do Hanoi. Docieramy do hotelu. Jesteśmy dość zmęczone... idziemy spać, bo jutro znowu musimy wstać o szóstej rano, gdyż mamy kolejną wycieczkę, tym razem do Perfumowanej Pagody.

25 sierpień
Celem dzisiejszej wycieczki jest coś, co nazywa się Perfumowaną Pagodą. Jedziemy gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. W hotelu nie potrafili nam pokazać na mapie, gdzie to dokładnie jest. Przebijamy się busem przez stolicę zatłoczoną chmarą brzęczących ,,owadów". Jedziemy środkiem ulicy, a obok nas potoki skuterów. Co ciekawe jada nimi całe rodziny, po cztery, nawet po pięć osób!!! Kto by się mógł spodziewać, że skuter może być tak pakowny? Zresztą w Wietnamie skuter to poważny środek transportu nie tylko ludzi, ale i całego dobytku. Można przewozić turystów, meble (!!!), a nawet całe stosy ozdobnych dzbanów. Skuter jest wielozadaniowy i można go kupić za jedyne 100 dolarów! Tak więc nie ma co się dziwić, ze ludzie wolą skutery niż samochody.
Po dojechaniu na miejsce wypływamy kilkoma baliami po drodze mijamy przepiękne górskie krajobrazy na tle, których zielenią się rosnące wzdłuż rzeki szpalery drzew bananowych. Poza tym miejscowa ludność łowi ,,coś" w rzece zastawionymi specjalnymi koszami. Co chwilę jakiś Wietnamczyk siedzący w swojej łódce wyciąga koszyk z dna rzeki. Nie wiem, co tam jest, może ślimaki? Nie mam pojęcia. Płyniemy sobie zachwycając się otoczeniem. Obok bananowców znajdują się kolejne pola ryżu, a w nich pracują ludzie. Co jakiś czas z poletka wychyla się Wietnamczyk wygarniając rękoma szlam.
Razem z innymi obcokrajowcami i pilotem płyniemy baliami przez godzinę i docieramy do miejsca, z którego czeka nas wspinaczka do jaskini. Idziemy i idziemy, a pot leje się z nas, tak jakby ktoś inny polewał cały czas wiadrami wody. Jednak nasz trud zostaje wynagrodzony i docieramy do Perfumowanej Jaskini, która jest świątynią. Dlaczego perfumowanej? Jak mówi nasz pilot jej nazwa wywodzi się od legendy która opowiada o tym, iż mieszkał w niej kiedyś Budda. Kiedy Budda zmarł, to jego ciało wydzielało pachnącą woń...
Po obiedzie ruszamy ponownie zwiedzać. Teraz kierujemy nasze kroki do... Perfumowanej Pagody. Wracamy do naszych łodzi i po raz drugi płyniemy baliami, tym razem w górę rzeki, nie jest łatwo. Żar z nieba leje się niesamowity, czuję że zaraz przepali mi skórę. Wracamy do Hanoi.

Wstecz
Dalej