DZIENNIK Z PODRÓŻY:
29 sierpień
Punktualnie (!!!) wyjeżdżamy z Hekou i ruszamy w stronę Kunmingu. Kiedy tak jedziemy mam wrażenie, ze to jest moja ostatnia podróż życia, a już myślałam, że po trasie Guilin - Wietnam nic gorszego być nie może. Kierowca po wyboistej drodze mknie, niczym strzała i oczywiście trąbi, bo przecież coś musi robić. Obrazy za oknem tak szybko się przesuwają, że nie mogę się im przyjrzeć. Momentami autobus traci przyczepność z gruntem i czuję, jak nad nim leci. Żołądki podchodzą nam do gardła. Jedziemy przez stan Yunnan - stan znany na całym świecie z herbaty. Przez cały czas droga wije się serpentynami w górę. Widoki na otaczające szczyty są imponujące. Na nasłonecznionych zboczach gór rosną krzewy herbaty.
Do Kunmingu przyjeżdżamy koło 22:00. Wysiadamy z autobusu i... brrr, ale zimno!!!
30 sierpień
Dzisiaj jedziemy do Kamiennego Lasu - Shi Lin. W busie oprócz nas same Chińczyki! Tego jeszcze nie było, żeby trafiła nam się typowo chińska wycieczka! Pilotka przeraźliwie głośno gada przez całą drogę tylko i wyłącznie po chińsku. Na dodatek używa mikrofonu... mam wrażenie, że od tych dźwięków zaraz pęknie mi głowa. Czasami milknie, ale potem zaczyna się od nowa, licho wie o czym tyle mówi.
Jedziemy dalej do Shi Lin - Kamiennego Lasu. Shi Lin jest zespołem szarych, wapiennych pinakli ukształtowanych przez erozyjną działalność deszczu i wiatru w przedziwne formy. Według legendy, nieśmiertelni roztrzaskali jedną z gór w drobne kawałki, tworząc kamienny labirynt, w którym mogli się ukryć szukający prywatności kochankowie.
W parku wiedzę kobiety ubrane w stroje ludu Sani, który jest bardzo związany z naturalną przyrodą. Kobiety te pracują tutaj jako przewodniczki oraz przy pokazach parzenia herbaty.
W kamiennym Lesie zaskakuje nas mała niespodzianka, bo okazuje się, ze czeka na nas pokaz parzenia herbaty oraz jej degustacja. Siedzimy sobie na bambusowych taborecikach i w sumie pijemy sześć różnych herbat o smaku róży, brzoskwini, moreli i czegoś, co mnie osobiście przypomina zapach siana.
A jak powinno się parzyć herbatę? W ten sposób, że najpierw wrzątkiem sparza się herbatę i szybko wylewa się ten napar. Następnie znowu zalewa się herbatę wrzątkiem i szybko wlewa się ją do dzbaneczka, z którego herbatę podaje się do małych czareczek. Herbata w naszym rozumieniu jest bardzo ,,cienka", ale właśnie taka herbata ma smak. nie da się jej porównać, do naszych ,,siekier"!!!
Po ponad godzinnej degustacji herbaty wracamy do Kunmingu.
31 sierpień
Mamy diabelnie ambitne plany... bieg po mieście, a w zasadzie po sklepach i temu podobnych miejscach. Kiedy tak wałęsamy się po mieście trafiamy na miejsca, gdzie stoją ludzie w białych kitlach. Są niewidomi. Stoją na chodniku i mają małe krzesełka dla... interesantów, którzy chcieliby skorzystać z usług masażu. Takich leczących jest w tym mieście naprawdę bardzo dużo. Podobno niewidomi są najlepszymi masażystami.
Chodząc tak sobie nagle mój wzrok pada na osobę chorą na trąd i teraz już wiem, że będzie to jeden z najgorszych obrazków jakie można zobaczyć. Nigdy nie zastanawiałam się jak wygląda osoba chorująca na trąd. Człowiek zamiast twarzy ma jednolita masę, nie ma palców.... okropny widok. Nie chcę go pamiętać, ale niestety zostaje i zapewne nie zniknie. Będzie jednym z tych obrazków, które pozostają w pamięci człowieka do końca życia, mimo prób zapomnienia o tym. Nie da się...
Nasz pociąg do Leshanu odchodzi o 21:04. W końcu wpuszczają nas do hali oczekiwań. Udaje się nam zając miejsca tuż pod bramkami. Jesteśmy bardzo zadowolone z zajętego miejsca, bo po otworzeniu bramek szybko znajdziemy się w pociągu. Koło 20:30 zaczynają wpuszczać na peron, pędzimy ile sił w nogach i... trafiamy nie na ten peron, co potrzeba!!! I po jakie licho tyle wysiłku, żeby być pierwszym przy bramkach, a potem bieg, jeśli Chińczyki, które były za nami i tak już są w pociągu, a my tracimy czas na bezsensowne bieganie po peronach!!! Jesteśmy złe na siebie... Wpadamy do naszego wagonu, ale o dziwo nie ma zbyt dużo ludzi i możemy spokojnie poukładać nasz bagaż na półkach.
1 wrzesień
Jedziemy już przez prowincję Syczuan. Widoki niesamowite. Ogromne góry, czerwone skały, terasy ryżowe.
Renia, jak to Renia próbuje się dowiedzieć u konduktora, coś na temat naszej stacji, na której mamy wysiąść, bo mnie oczywiście cały czas nie daje spokoju, że przez Leshan nie przebiega żadna linia kolejowa. Renia próbuje się dogadać, wygląda to przezabawnie, bo rozkłada przed konduktorem mapę (cały wagon oczywiście gapi się, żeby zobaczyć co się dzieje) i coś mu pokazuje. Skutkuje, dowiadujemy się kiedy mamy wysiąść. Jednak linia kolejowa nie przechodzi przez Leshan, trzeba wysiąść wcześniej. To w takim razie dlaczego sprzedają bilety do Leshanu??? Hmm, całe Chiny...
W końcu zostajemy wysadzone na jakiejś stacji, jakiej? Nie mam pojęcia. Zostajemy wsadzone do busa, który dowozi nas do głównej drogi, gdzie jeżdżą autobusy do Leshanu. Po niedługim czasie jedzie autobus, który się zatrzymuje i wsiadamy. Jedziemy dobrą godzinę do Leshanu, poczym zostajemy wysadzone na dworcu autobusowym w samym Leshanie. Ale co teraz? W sekund pięć obok nas pojawiają się jacyś dwaj Chińczycy, którzy na rikszach chcą nas wieźć do hotelu. Biedni rikszarze, nawet nie wiedzą w co się wpakowali. Na każdą riksze przypadają dwie osoby i... cała tona naszych bagaży.
Idziemy zobaczyć miasto... trafiamy na bulwar z którego widać już 71 - metrowego siedzącego Buddę (Da Fo), który jest obecnie największym takim posągiem na świecie. Do niedawna największy Budda znajdował się w Afganistanie, ale niestety Talibowie go zniszczyli.
2 wrzesień
Idziemy na przystań, gdzie za jedynego yuana przepływamy promem na łachę znajdująca się na środku rzeki. Idziemy po licznych kamieniach wyrzuconych przez rzekę. W końcu docieramy do miejsca, w którym łączą się dwie rzeki.
Patrzę na Buddę... jest coś chyba dzisiaj niezadowolony, bo siedzi w gęstej mgle i ledwo co go widać. Poza tym, co najciekawsze, podstawa posągu jest ozdobiona chińskimi balonami i szarfami. Wygląda to raczej dziwacznie.
Siedzimy na tej łasze przez dłuższy czas mając nadzieję, że może mgła opadnie. Jest to jednak próżne życzenie, bo jak wisi, tak wisi i ani drgnie. Szkoda, taki wielki Budda, a ja nawet nie mogę zrobić zdjęcia. Postanawiamy więc wracać, tym bardziej, że słońce zaczyna coraz bardziej prażyć. Idziemy do hotelu po nasze tobołki, aby przetransportować się na dworzec autobusowy, ale czeka nas niespodzianka... Przez najbliższe co najmniej dwie godziny nigdzie nie wyjedziemy z miasta. Dlaczego? Bo nic nie pojedzie przez miasto z tego względu, że na kilka godzin został wstrzymany ruch samochodowy. Powód tego jest niebagatelny - święto wielkiego Buddy!!! Ulicami miasta maszeruje barwna parada. Kojarzy mi się z naszymi pochodami 1- majowymi, bo uczestniczą w niej między innymi ludzie z różnych branż pracowniczych. Jest oczywiście muzyka... chińskie bębny, w rytm których poruszają się ,,wieloosobowe" smoki, albo pso - lwy. W paradzie biorą też udział dzieci ze szkół prezentując sztuki walki. Jest gorąco, ze wszystkich pot leje się strugami, ale i tak każdy realizuje plan pochodu.
Kiedy wsiadamy do naszego autobusu jesteśmy pod wrażeniem. Jedziemy luksusowym autobusem!!! Droga naszej podróży mija bardzo szybko, bo czas umilają nam filmy puszczane na video. Najpierw oglądamy... Tytanica z Leonardo di Caprio z chińskim dubbingiem!!! Po Tytanicu serwują nam dwie komedie, jedna bardziej głupsza od drugiej. Pomimo tego, że staramy się zrozumieć o co w nich chodzi, to gubimy się w wątku. Zresztą w każdym z tych filmów scenki walk azjatyckich pojawiają się średnio co pięć minut.
Czas szybko biegnie, a my nawet się nie obejrzałyśmy, a mija godzina 20:30 i dojeżdżamy na dworzec w Chongqingu. Udaje nam się wypatrzyć na dworcu stanowisko w którym można nabyć bilety na rejs po Jangcy. Gość z agencji turystycznej nie może się nadziwić, dlaczego chcemy kupić bilety na klasę czwartą, a nie pierwszą. Cały czas próbuje nam wcisną wyższą klasę, a my jednak upieramy się przy swoim, aż w końcu kapituluje. Dostajemy bilety na rejs jutro wieczorem... Teraz będziemy musiały, coś z sobą zrobić. Postanawiamy udać się na przystań rzeczną i tam spędzić noc. Ostatecznie rozbijamy się w okolicach posterunku policji i toalety. Do rzeki schodzi skarpa z betonowych schodów, więc możemy do woli oglądać nocne życie toczące się w porcie.
Zapada ciemność. Portowe życie nadal w toku. Ja z Karolą czuwać mamy do 3 w nocy, a Renia z Aśką udają się spać. Siedzimy sobie z Karolą i upływający czas umilamy sobie rozmową i przyglądaniem się załadunkowi i rozładunkami towarów w porcie. Przeładunek nie odbywa się przy pomocy mechanicznych urządzeń, tylko... na plecach Chińczyków, którzy przenoszą ogromne ciężary. Zresztą użycie sprzętu jest tu niemożliwe, bo statki nie cumują przy samym brzegu, bo chyba jest za płytko. Statek z nabrzeżem łączy metalowa wielometrowa rampa, po której jak mróweczki poruszają się przeładowujący towar Chińczycy.
Siedzimy tak i siedzimy, a ja czekam na... szczury! Jesteśmy przecież w porcie, więc powinny gdzieś tutaj być. No i w końcu z czeluści ciemności pojawiają się i biegają wokół nas. Są ogromniaste. Szukają jedzenia, a że na chodniku plącze się wiele pudełek to one w nich harcują. Inne szczury tylko biegają i co pewien czas jakiś zabłąka się w nasze okolice. O 3:30 następuje zmiana. Ja z Karolą idziemy spać. Aśka z Renią czuwają.
3 wrzesień
Budzi mnie śmiech, otwieram oczy i widzę wpatrujących się we mnie Chińczyków. Śmieją się Aśka i Renia, które już dłużej nie mogą wytrzymać, bo przechodzący Chińczycy zatrzymują się pooglądać, zwłaszcza nas, które śpią. Aśka z Renia już się zastanawiają, czy nie pobierać za to opłatę. Podobno od wczesnych godzin porannych jesteśmy punktem zainteresowania licznych Chińczyków.
Czas umilamy sobie obserwacjami i rozmową na temat chińskiego przeładunku towarów i... chińskich mężczyzn. Żar z nieba się leje, a oni noszą i noszą te ogromne toboły. Za to jak popatrzeć na nich to nie maja ani grama tłuszczu, sam mięśnie... ale za jaką cenę?
Do godziny naszego wypłynięcia coraz bliżej i bliżej. Koło 18:00 idziemy w kierunku doku czwartego, gdzie ma cumować nasz statek. Idziemy, statek jest, ale jego klasa pozostawia wiele do życzenia. Ale co tam, mnie się podoba. Okrętujemy się na łaszą łajbę. Tam kłębią się już tłumy podróżnych. Praktycznie sami Chińczycy, obcokrajowców widziałam tylko troje. Obsługa prowadzi nas do naszej 10 - osobowej kajuty. Jak się później okazuje jest nas trzynaścioro...
Siedzimy... najlepszą minę ma Aśka, która w pewnym momencie odkrywa pod jednym z łóżek worek w którym podróżują kogut z kurą!!! Tylko głowy im sterczą z worka. Coś mi się wydaję, że będzie wesoło.
Odkrywamy, że łazienka znajduje się na rufie statku i jest... pod chmurką. Coraz lepiej... nie ma to jak naturalne swojskie warunki... Poza tym znajdujemy jeszcze klasę piątą więc nie jesteśmy najgorsze. Klasa piąta znajduje się pod pokładem, a ludzie podróżują z towarem i śpią na kartonach...
4 wrzesień
Statek co pewien czas zawija do portu na rzece Jangcy. Po jednym z takich postojów w naszej łazience "pod chmurką" pojawia się stadko 20 kaczek powiązanych ze sobą po 10 sztuk. Zresztą na korytarzyku, kilka kajut od naszej stoją od wczoraj przywiązane do burty statku dwie szare kaczuszki.
Miasta położone nad Jangcy to jeden wielki plac budowy. Wszędzie same dźwigi. Budują się kolejne wieżowce. Aż trudno w to uwierzyć kiedy, gdzieś w środku ogromnego państwa, jakim są Chiny, na pustkowiu wyrasta wielomilionowe miasto. Jest w nim wiele wieżowców, do czego nie może umywać się nasza Warszawa.
5 wrzesień
Koło godziny ósmej statek zawija do Wushan, gdzie ma stać przez sześć godzin. Zanim trafiamy na ląd musimy przejść przez dwa inne statki, bo są przycumowane do siebie, a nasz do nich. Zresztą do naszego również przycumowuje właśnie kolejny statek. Przechodzenie przez statki na ląd trochę trwa, bo trzeba kluczyć korytarzykami znajdującymi się na sąsiednich statkach. W końcu opuszczamy statki i przechodzimy po długim trapie na ląd. Wspinamy się po zboczu, które prowadzi do miasta. Kiedy w końcu docieramy do ubitej drogi, widzę, że jej część stanowi nic innego jak rynsztok. Wszystkie nieczystości pędzą prosto do rzeki rowkiem wykopanym wzdłuż drogi. Czasami te nieczystości nie mieszczą się w rynsztoku i wylewają się poza niego zalewając cała drogę.
Stajemy na rozdrożu i zastanawiamy się gdzie by tu pójść. Okolica wygląda jak jeden wielki slums. Zatrzymuje się koło nas pewien Chińczyk, który ma motor z przyczepką i siedzeniami. Najbardziej z takiego środka lokomocji cieszy się Karola, która prowadzi dokumentację wszystkich środków transportu, którymi poruszamy się od początku naszej podróży. Wsiadamy, Chińczyk nas wiezie, ale my nie wiemy dokąd. W każdym razie możemy sobie pooglądać miasto. Pierwszy rzut oka na ulice tego miasta i mam tylko jedno spostrzeżenie, że to miasto mogłoby służyć za plan filmu, w którym jest jakiś kataklizm typu trzęsienie ziemi. Wszystkie budynki są tutaj wyburzane. W powietrzu unoszą się duże ilości pyłu. Pośród tego wszystkiego toczy się normalne życie - ludzie się przemieszczają, pracują sprzedając na straganach ubrania, czy warzywa, poza tym jak zwykle gotują. W miejscach wyburzonych budynków powstają nowe.
Wracamy na statek, przeskakując pomiędzy spływającymi ulicami ściekami. Ciekawe, czy nie szerzy się tu jakaś zaraza, biorąc pod uwagę takie warunki sanitarne.
Po wejściu do naszej kajuty starsza Chinka próbuje nam coś powiedzieć, ale nie bardzo rozumiemy, o co jej chodzi. Wkrótce się wyjaśnia, bo kiedy chcę zmienić sandały na klapki okazuje się, że zniknęły. Wtedy rozumiemy, co chciała nam powiedzieć Chinka... jej mąż po prostu pożyczył sobie moje klapki do kąpieli!!! Hmm, a więc jest tutaj na statku gdzieś prysznic! Renia dogaduje się z Chińczykami w sobie tylko znanym języku migowym i rusza do łazienki. Tłumaczy nam, jak do niej dojść. Udaje nam się ją znaleźć. Ale fajnie - po takich upałach, jakie tutaj panują miło jest wziąć prysznic. Naszą sielankę przerywa wejście do łazienki... Chińczyka!!! Ów Chińczyk zdążył nawet zajrzeć przez szybkę do kabiny Aśki! O rety!!! Jesteśmy w męskiej łazience!!! No tak, ale skąd mogłyśmy wiedzieć, że to męska, jeśli na drzwiach łazienki były tylko chińskie krzaczki??? Po naszym wyjściu z łazienki obsługa statku oraz ludzie zajmujący podłogę w holu pierwszej klasy chichoczą z nas. Wcale się im nie dziwię...
Wypływamy po godzinie 16:00, a co tam tylko dwie godziny spóźnienia, to chyba i tak całkiem niedużo. No ale nic w końcu płyniemy, a poza tym nareszcie widzę przełomy. Ściany gór od tafli rzeki mają po około 900 metrów. Widoki imponujące. Znajdujemy się w obszarze tzw. Trzech Przełomów, które ciągną się na przestrzeni 200 kilometrów.
Przy końcu ostatniego przełomu - Wu Xia znajduje się wspomniana już zapora Gezhou. Pomimo późnej pory, praca na zaporze trwa. Ciemność rozświetlają rozbłyskujące urządzenia spawalnicze i lampy oświetlające teren budowy. Szkoda, że nie udało nam się tutaj przypłynąć przed mrokiem, bo widok tak ogromnej konstrukcji byłby zapewne fantastyczny. Wpływamy do śluzy. Kiedy śluza zostaje zapełniona statkami i barkami drzwi śluzy zamykają się, a woda zostaje powoli wypuszczana ze śluzy. Po kilku minutach jesteśmy jakieś 22 metry niżej niż zanim wpływaliśmy do śluzy. Kiedy poziom obniża się mam wrażenie, że to ściany śluzy rosną. W końcu wypływamy i docieramy do portu, właśnie dobija 23:00. Przy porcie stoją dziesiątki taksówek i busów, bo do portu zawinęło kilka statków pasażerskich. Tłum ludzi się kłębi.
Dopada nas taksówkarz, który za jedyne pięć yuanów zabiera do taniego hotelu. Na dworzec kolejowy nie mamy co jechać, bo już jest zamknięty. Taksówkarz radzi nam udać się na niego z samego rana, aby kupić bilety do Xian. Poza tym pociąg jest dopiero o 17:00.
6 wrzesień
Stoimy w ogromniastej kolejce, a takich kolejek jest w budynku kilkanaście. Pomimo naszych obaw dostajemy bilety na pociąg o 17:50. Trafiamy nawet na supermarket, w którym można co nieco kupić do jedzenia i obcokrajowiec nie przypłaci tego rozstrojem żołądka. Mnie i tak od samego rana jest niedobrze. Oj, bardzo niedobrze.
Siedzimy na karimatach pod murkiem dworca i możemy obserwować przemieszczające się tłumy ludzi. Jednak chyba zaszkodziło nam jakieś jedzenie kupowane na brzegach Jangcy. W takim stanie nie chce mi się nigdzie ruszać, tym bardziej, że sam zapach straganów, na których coś się gotuje doprowadza mnie do mdłości.
Kiedy hala pustoszeje, a zbliża się czas naszego pociągu, przenosimy się do hali. Siadamy blisko wejścia na peron. Przerzucamy nasze bagaże przez barierki, tak, że kiedy nadejdzie pora inwazji na wyjście, będziemy najbliżej drzwi. O 17:00 wybucha poruszenie i cały tłum Chińczyków rzuca się do barierek i to tak skutecznie, że wyprzedza nas w kolejce! Robią to sprawnie i szczelnie ustawiając się pomiędzy barierkami do wyjścia. My również rzucamy się do ataku, który niestety przegrywamy i zostajemy nieco z boku. Z ciężkimi plecakami stoimy przez ponad pół godziny z tłumem Chińczyków żądnych ataku na pociąg.
W końcu wrota wejściowe na peron otwierają się. I tu czeka na nas miła niespodzianka, bo możemy przejść obok barierek (!!!), a Chińczyki tłoczą się jeden na drugim pomiędzy barierkami. Mają teraz za swoje. My, jak jakieś vip-y ruszamy spokojnie przed siebie, a potem biegiem do pociągu. Dopadamy naszego wagonu. Nie obywa się bez draki, bo jeden Chińczyk, tak się pcha na Aśkę, że jej walizka ląduje pod pociągiem. Udaję się ją jednak sprawnie stamtąd wyciągnąć. Jest trochę krzyków, nie tylko Aśki, ale i konduktora wagonu. Suma sumarum udaje nam się dokonać abordażu na pociąg. Usadawiamy się na naszych miejscach, a bagaże umieszczamy na półkach. Uff, kolejna batalia pociągowa, z której wychodzimy zwycięsko.
7 wrzesień
Jedziemy i jedziemy. Za oknem ciągną się przepiękne tereny lessowe, aż mam ochotę opuścić ten pociąg. Cały czas widać wąwozy, czy też ostańce lessowe o najbardziej wymyślnych kształtach. Krajobraz tego regionu wydaje się być bajkowy. Wśród tych lessów rosną pola kukurydzy... i chyba po raz ostatni widzę swoje ulubione bawoły wodne... chlip...
Do Xian docieramy o 10:30. Zaraz dopada nas naganiacz turystów do hotelu.
Włócząc się po mieście trafiamy pod sławne mury z dynastii Tang tworzące obwód 14 kilometrów, a nad każdą z jego bram górują trzy wieże. Na każdym z czterech wierzchołków prostokąta murów znajduje się wieża obserwacyjna. Ten obiekt obronny ma 12metrów wysokości, a jego szerokość od 12 do 14 metrów u góry i od 15 do 18 metrów u podstawy.
8 wrzesień
Ruszamy w okolice dworca szukać autobusu numer 306, który zawiezie nas do Terakotowej Armii.
Nie musimy długo szukać, bo autobus widząc cztery turystki... sam nas znajduje i za jedyne 5 yuanów jedziemy do terakoty. W końcu dojeżdżamy i kierowca wyrzuca nas przed muzeum, ale szybko okazuje się, że nie jest to, to czego szukamy tylko grobowiec cesarza Qin, a Terakotowa Armia jest jeszcze jakieś dwa kilometry dalej. Postanawiamy przejść się do terakoty, ale czeka na nas niespodzianka, kierowca naszego małego busa 306 woła nas z powrotem. Chyba zauważył, że nie tu chciałyśmy wysiąść. Znowu wsiadamy do pojazdu i jedziemy już we właściwe miejsce - do terakoty.
Terakotowa Armia (Bingmayong) jest atrakcją dorównująca Chińskiemu Murowi, czy też Zakazanemu Miastu. Liczące ponad 2000 lat figury żołnierzy pozostają do dzisiaj w bardzo dobrym stanie i nieprzerwanie strzegą dostępu do grobowca starożytnego cesarza.
Spacerując po halach jestem pod ogromnym wrażeniem, tego co widzę. Nie wyobrażałam sobie wcześniej terakoty w ten sposób. Po obejrzeniu hal z żołnierzami udajemy się do kina w kształcie beczki. Obraz filmu jest wokół nas. Ma całe 3600. Film pokazuje cały proces "produkcji" wojownika. Wszystko było odlewane, tylko głowa była robiona osobno, aby każdy wojownik miał inną twarz. Potem żołnierze byli malowani na piękne kolory, często błękitne. Dzisiaj tych kolorów brak z powodu upływu czasu, jak i wspomnianego już pożaru. Jednak można zauważyć na wielu posągach pewne pozostałości oryginalnych barw. Ukazany jest również proces umieszczania posągów w korytarzach, a następnie na górę kładzione były belki przykrywane matami. Obecnie żołnierze przykryci są lessowymi osadami i są w kolorze jasnego brązu.
Do Xian wracamy o 16:00 i idziemy do parku, bo mamy jeszcze dużo wolnego czasu zanim przyjedzie pociąg do Pekinu. Potem oczywiście udajemy się na dworzec. W poczekalni robi się dość nerwowo, bo na peron wpuszczają nas na dziesięć minut przed odjazdem pociągu. Można się domyślić, co się dzieje na peronie. Przeżywamy istna makabrę, bo wszyscy hurmem chcą się dostać do wagonów. Chińczyki szturmują z nadzwyczajną siłą pociąg. W sumie nie wiem dlaczego, każdy posiada miejscówkę, a jak nie posiada to ma miejsce stojące. Chińczyki, tak się tłoczą przed wejściem, że nikt nie może wsiąść. Z ludzi zrobiła się jednolita masa. Tłum jest bezlitosny, stoję gdzieś w jego środku z plecakiem na plecach, w jednej ręce mam walizkę w drugiej plecaczek. Mam wrażenie, że Chińczyki pchają się tak, że zaraz mi urwą ręce. Poza tym jeden z Chińczyków po mojej lewej stronie jest nad wyraz upierdliwy. Pomimo moich licznych kuksańców i przestawiania go przez Aśkę wiecznie wraca i mnie przydusza. Podczas mojej drogi do drzwi wagonu muszę kilku ludzi porządnie dźgnąć, aby jakoś iść, a nie stać i nie wsiąść do pociągu.
Kiedy w końcu udaje mi się stanąć w drzwiach pociągu, Chińczyki tak się wciskają, że nawet w tych drzwiach udaje się im mnie wyminąć. Nie mam pojęcia jak to jest możliwe, albo jestem po prostu w takim szoku, bo nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam. Zbiorowa histerii ludzi wsiadających za wszelką cenę do wagonu, to coś makabrycznego. Teraz już wiem, jak to się dzieje, że w tłum może zabić człowieka.
Ostatecznie udaje nam się wejść do wagonu, znajdujemy nasze miejsca, lokujemy bagaże i wyczerpane opadamy na nasze siedzenia. Co to była za walka.
9 wrzesień
Przyjeżdżamy do Pekinu i wyładowujemy się z naszymi tobołami na dworcu. Najpierw pędzimy z Karolą dowiedzieć się, jak dojechać do granicy z Rosją, aby było jak najwygodniej. Przypadkowy Chińczyk znający angielski pomaga nam dogadać się w informacji. Jak się szybko okazuje Chińczyk ma przedstawicielstwo swojej miodowej firmy nie gdzie indziej jak... w Polsce. W ten sposób udaje nam się dostać bilety do Manzhouli na 11 września na rano. Hmm, podróż ma trwać 33 godziny!!! Ciekawe, jak to wytrzymamy.
Ładujemy się do autobusu i po pół godzinie jesteśmy w naszym hotelu. Dostajemy 4 - osobowy pokój. Obsługa prowadzi nas do naszego pokoju i... okazuje się, że dokładnie przeciwny pokój zajmuje grupa polskich studentów, z którymi Karola utrzymuje kontakt jeszcze od czasu wyjazdu z Polski. Dziś wieczorem mamy zamiar się z nimi spotkać. W końcu będzie okazja poznać ludzi, z którymi wymieniamy się od prawie dwóch miesięcy smsami.
Mamy zamiar wpaść tam na chwilkę, a w sumie zostajemy do... trzeciej w nocy. Atmosfera jest tak przyjemna, że trudno opuścić pokój. Grupka z Krakowa liczy sobie pięć osób i jak się okazuje ,,Krakowiacy", jak ich nazywałyśmy to wcale nie tacy Krakowiacy. Z Krakowa jest tylko Bartek notabene student geografii z UJ. Poza tym jest jeszcze Marta (ta, z którą Karola nawiązała kontakt) - studentka polonistyki, Ewa z AGH, Paweł i Rafał z Politechniki Śląskiej. Kiedy do nich wpadamy w pokoju zastajemy tylko Pawła i Bartka, reszta przychodzi później. Rozmowy toczą się burzliwe, każdy dzieli się swoimi wrażeniami z podróży po Chinach. Oni wyjeżdżają jutro z Chin przez przejście graniczne w Heihe, a trzecia grupa z kolei ma zamiar jechać przez Władywostok. Mamy nadzieję, że spotkamy się na Syberii w Cita w pociągu do Moskwy. Umawiamy się, że kiedy oni będą już wsiadać do pociągu zmierzającego do stolicy Rosji to wyślą nam smsa, kiedy będą w Cita. Może nam uda się kupić bilety i wracać razem z nimi.
Wypijamy jeszcze piwko w polskim towarzystwie, nie ma to, jak w końcu spotkanie z rodakami. Potem następują pożegnania i możemy iść spać...
10 wrzesień
Pobudka ósma rano!!! Karola i ja wstajemy, bo chcemy jeszcze zobaczyć Zakazane Miasto. Umawiamy się jeszcze tylko z dziewczynami na godzinę 17:00 przy wyśmienitej restauracji koło murów Zakazanego Miasta.
Do godziny 13:00 chodzimy po uliczkach i ,,pawiolonach" tego miasta w mieście. Po obejrzeniu Zakazanego Miasta, które w sumie po tych wszystkich azjatyckich zabytkach już większego wrażenia nie robi udajemy się na Silk Market wydać resztę pieniędzy. Z Silk Market jedziemy na ,,Piekielną Uliczkę", gdzie dokonujemu już dosłownie ostatnich zakupów i przez cały Plac Tienanmen, pędzimy w stronę murów Zakazanego Miasta, gdzie powinny już na nas czekać Aśka z Renią. Siadamy przy największym stole w restauracji i na ostatni chiński obiad zamawiamy kurczaka na słodko - kwaśno (bo jakby inaczej...), wołowinę z cebulką, wieprzowinę na słodko - kwaśno oraz surówkę z ogórków, fasoli i papryki, a także sałatkę z kapusty. Wszystko smakuje wybornie i praktycznie czyścimy cały stół do zera, tak jakbyśmy przez miesiąc nic nie jadły.
Kiedy wracamy z obiadu nie możemy wyjść przez bramę prowadzącą z Zakazanego Miasta na plac Tienanmen, bo okazuje się, że z masztu na placu ściągana jest flaga narodowa Chin i ruch jest zatrzymany. Taki ceremoniał odbywa się każdego dnia. Co rano flaga wciągana jest, a następnie ściągana z masztu z najwyższymi honorami. Stoimy tak pod tą bramą i czekamy, aż będziemy mogły znowu przejść. W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się reprezentacyjna grupa wojska chińskiego. Kilkudziesięciu mężczyzn o wzroście jak nic koło 190 centymetrów. Skąd oni wzięli takich Chińczyków??? Wszyscy do siebie podobni, jak dwie krople wody, jakby wyszli z jednej fabryki. Wygląda to niesamowicie, wszystko synchronizowane do perfekcji.
Wstecz