DZIENNIK Z PODRÓŻY:

01/02 sierpień 2002
Noc z 1 na 2 sierpnia to dzień naszego wyjazdu, oczywiście poprzedzony nerwową krzątaniną, która dopada praktycznie każdego kto wybiera się w podróż, a tym bardziej w tak długą, która nie wiadomo co nam przyniesie.
Koło drugiej w nocy przyjeżdża po mnie Aśka. Jedziemy do Malborka na dworzec kolejowy, tam o 02:45 mamy pociąg do Warszawy. Pociąg z Gdańska przyjeżdża punktualnie. Renia już wychyla się z pociągu. No to już jesteśmy we trzy. W Warszawie jesteśmy umówione z Karoliną - ostatnią osobą naszej grupki.

02 sierpień
W Warszawie Wschodniej lądujemy dokładnie o 06:17. Transportujemy się z bagażem prosto na peron z którego za pół godziny odchodzi nasz kolejny pociąg, tym razem do Terespola. Dziewczyny zostają na peronie, a ja biegnę po Karolinę.
O 06:57 opuszczamy Warszawę i zmierzamy na wschód, od tej pory przez najbliższy tydzień będzie to nasz jedyny kierunek. Do Terespola dojeżdżamy koło 10:00. Mamy niewiele czasu na kupienie biletów oraz zrobienie małych zakupów. Za pół godziny jest pociąg przez granicę do białoruskiego Brześcia. Biegiem wpadamy do naszego pociągu. Pociągu przemytników. Dlaczego? Nasz środek lokomocji kojarzy mi się z tekturową atrapą pojazdu. Wnętrze tego pociągu wygląda tak jakby przeszło przez niego jakieś tornado, wszystko jest porozkręcane. To przemytnicy jadąc z Białorusi do Polski chowają wszystko gdzie się tylko da. Świetnie byłoby zobaczyć w drodze powrotnej ten proceder.
Przejazd przez odcinek graniczny ciągnie się w nieskończoność, bo większą część czasu stoimy, gdyż jest kontrola celna i paszportowa najpierw polska, potem białoruska. Musimy wypełniać jakieś śmieszne formularze, na których wymagane jest wpisanie kwoty pieniędzy, która mamy ze sobą. Przez chwilę debatujemy czy mamy wpisywać te nasze 1000 dolarów na osobę, ale poznana przez nas miła Polka, mówi że powinnyśmy je wpisać. Jak się później okazuje ta Polka pokonuje tę trasę każdego dnia w celach ,,handlowych". Jest po prostu przemytniczką. Docieramy do Brześcia. Tutaj wita nas przepiękny dworzec z... żyrandolami.
Koło 16:00 wsiadamy do naszego pociągu jadącego w kierunku Moskwy. Jutro o 7:00 rano czasu moskiewskiego, czyli kolejna godzina do przodu, będziemy w stolicy Rosji.

03 sierpień
Śpimy sobie jak zabite, ale w pewnym momencie wydaje mi się, że ktoś puka do drzwi. Nie to tylko sen. Po chwili znowu słyszę walenie do drzwi, to jednak nie jest sen. Renia też się budzi i zaspana wstaje z łóżka, otwiera drzwi, a tam czeka na nas pani prowadnik wagonu. Jest już 5:45 czasu moskiewskiego, czyli dla nas dopiero 3:45, za godzinę będziemy w Moskwie.
Punktualnie o 7:00 wita nas Moskwa, a dokładniej Dworzec Białoruski. Przenosimy się na Dworzec Jarosławski, skąd odchodzą pociągi na linii kolei transsyberyjskiej. Po raz pierwszy jedziemy moskiewskim metrem. Jest przepiękne, no i oczywiście są w nim ogromne żyrandole, które nadają mu majestatu.
W końcu jednak trzeba porzucić rozmyślania na temat moskiewskich żyrandoli, bo już zbliżamy się do dworca. Tutaj będziemy próbować pojechać dalej. Jeszcze nie wiemy dokładnie gdzie, bo to zależy głównie od pań w kasach biletowych. Pierwsza próba okazuje się nieskuteczna, ale potem udaje się. Za kilka godzin ruszamy dalej do Cita na Syberii, to już będzie za Irkuckiem. Cita to miejscowość, w której trasa kolei rozgałęzia się. Jedna linia będąca trasą kolei transsyberyjskiej biegnie dalej na wschód, a druga odbija na południe do Zabajkalska, graniczącego z Chinami. Dochodzi 15:00, czyli czas naszego odjazdu z Moskwy. Na peron wtacza się nasz pociąg. Trwa to dość sporo czasu, ale nie ma co się dziwić, bo pociąg składa się aż z osiemnastu wagonów. Renia jest trochę zawiedziona, bo dwa lata temu, kiedy jechała tę trasą, jej pociąg liczył dwadzieścia dwa wagony. Na peronie kłębią się tłumy ludzi i tyleż samo, a może i więcej ich bagaży. Szukamy naszego wagonu numer pięć, oczywiście okazuje się, że znajduje się prawie na samym początku, więc zbieramy cały nasz bagaż i ruszamy na początek.
Po sprawdzeniu biletów udaje nam się wsiąść i znaleźć swoje miejsca. Wagon ten jest bardzo specyficzny, bo nie ma w nim przedziałów, tylko dyktowe przegródki. W każdym kąciku znajdują się cztery łóżka, a prostopadle do nich - oddzielone od kąta korytarzem biegnącym przez cały wagon - jeszcze dwa. Mamy szczęście, bo dostałyśmy bilety właśnie na taką czwóreczkę.
Atmosfera w wagonie... trochę zawiesista, gdyż większość pasażerów poszła spać zaraz po tym jak wsiedli do pociągu. Co jakiś czas się budzą na jedzenie i potem dalej śpią. Oprócz Rosjan i naszej czwórki jadą w naszym wagonie jeszcze Czesi. Krajobraz za oknem, jak na razie swojski, mimo 58 równoleżnika. Jest po prostu europejski. Poza tym wzdłuż linii kolejowej ciągną lasy, więc wiele nie widać. Tak mija pierwszy dzień na trasie kolei transsyberyjskiej... raczej sennie.

04 sierpień
Wstajemy bardzo późno, po 9:00 rano czasu moskiewskiego, ale, że w nocy wpadłyśmy w kolejną strefę czasową, tak więc jest już 10:00. Gdzieś nad ranem nasz sąsiad z łóżka pod oknem wysiada. Któż to teraz zajmie jego miejsce? Nie mija wiele czasu, no i mamy dwóch nowych sąsiadów. Obserwujemy ich ze swojego kącika. Wyglądają co najmniej dziwnie. Obaj ubrani w garnitury, ale z... reklamówkami w rękach. Dosłownie po pięciu sekundach byli już w swoich łóżkach, jednak zanim tam się znaleźli zaczęli ściągać swoje garnitury. Moje zainteresowanie przyciągają buty jednego z nich, raczej nie mają nic wspólnego z obuwiem, które nosi się do garnituru. Wyglądają tak jakby ktoś wziął parę gumowców i odciął od nich cholewki. Poza tym w środku są wyściełane różowym materiałem, co sprawia że ten człowiek wygląda dość komicznie. Ku mojemu zdziwieniu widzę, że pod galowym ubraniem mają kompletny strój ,,pociągowy". Jeden z nich pod spodniami ma spodenki a la bermudy ze wściekle pomarańczowymi wstawkami. Jakby tego było mało jest na dodatek chory, co wzbudza w nas dość duże obawy, żeby czasem nie uraczył nas jakimś bakcylem. Z kolei spod garnituru drugiego podróżnego ukazują się drugie spodnie, białoszare na dodatek pumpiaste. Na tym się nie kończy, bo tajemniczy gość ściąga nawet i te spodnie, pod którymi znajdują się krótkie spodenki!!! Zapowiada się ciekawie, tym bardziej, iż mężczyźni ci nie mówią ze sobą po rosyjsku, tylko posługują się całkiem innym językiem, jak mniemam którejś z republik w okolicy Kazachstanu. Na dodatek po ich rysach i karnacji widać, że mają coś wspólnego z kulturą arabską. Na razie tyle na ich temat, bo poszli spać. Nie wiem co ich już tak zmęczyło...
W końcu budzi się nasz chory sąsiad w swych pomarańczowych bermudach. W pewnym momencie potężnie kicha. Rety mam nadzieję, że bakterie zostają w jego otoczeniu i nie zechcą zagościć się w naszym kąciku. Renia w końcu daje mu trochę różnych tabletek, może mu to coś pomoże.
Wieczorem, praktycznie dzięki tabletkom zawieramy z nimi znajomość. Chory okazuje się mieć na imię Abdul. Typowo muzułmańskie imię. Drugi, to Dilszot, pracujący dla jakiejś tureckiej firmy. Pochodzą z Tadżykistanu i teraz są w drodze do Władywostoku. Dowiadujemy się, że ze względu na religię - islam - nie mogą pić alkoholu, ale jest jeden wyjątek - po papierosach można. Jak trzeba to znajdzie się pretekst do łamania surowych muzułmańskich zasad. Czyżby Allachowi widok pijącego muzułmanina przysłaniał papierosowy dym???
Nasi sąsiedzi są nad wyraz rozmowni. Szybko dowiadujemy się, że w Tadżykistanie można mieć do siedmiu żon, ale trzeba mieć na to warunki finansowe, aby je utrzymać. Brat Dilszota mieszka w Niemczech, gdzie ma jedną żonę, z kolei druga mieszka w Tadżykistanie. Podobno obie się znają i nawet bardzo lubią. Dilszot ma ciekawe spojrzenie na rolę kobiety, która według niego ,,siedzi w domu i śpi". Utrzymanie rodziny należy oczywiście do mężczyzny.

05 sierpień
Budzę się koło siódmej rano... rety to już Azja. Hmm, jak fantastycznie to brzmi, ja naprawdę jestem w Azji!!!
Wstaje również nasz chory Abdul, widoczna jest poprawa jego zdrowia, ale na wszelki wypadek dzisiaj też będziemy go kurować. Poprawa jego stanu jest drastyczna, bo Abdul... zeżarł wszystkie dziewięć tabletek, które dostał wczoraj od dziewczyn. Nie ma się co dziwić, że tak wczoraj spał. Dobrze, że nie przedawkował tego! Jak tak dalej pójdzie, to wysiądzie z pociągu zdrów jak ryba. Powoli zbliżamy się do Omska (540? N, 730? E) i rzeki Irtysz.
Znowu siedzimy sobie w naszym ,,rogu" i w zasadzie się nie nudzimy, bo jak tu się nudzić kiedy same zapewniamy sobie fantastyczne atrakcje. A co tym razem? Ano nasz chory Abdul zostaje poddany przez Aśkę kolejnej kuracji. Tym razem Aśka inhaluje Abdula. Do kubka z gorącą wodą dodaje jakichś abdulowych kropli. Następnie rozkazuje Abdulowi siadać, przykryć się prześcieradłem i wdychać napar. Wyglądał prześmiesznie, jak prawdziwy Abdul! Jakby inhalacji było mało Aśka wręcza Abdulowi kubek z gorącą herbatą i bardzo dużą ilością koniaku Reni. Allach nie widzi... i Abdul zadowolony pije. Nie wiem tylko jaka teraz jest wymówka, że Abdul jako muzułmanin może wypić ten alkohol... może herbata czyni koniak niewidocznym dla oczu Allacha? Ehh, ci muzułmanie!
Wieczorem rozpoczyna się dopiero ,,szopka", bo dosiadają się do naszego kąta. Znowu możemy posłuchać różnych historii. Dowiadujemy się że Abdul został inwalidą, gdyż nadepnął w czasie wojny w Tadżykistanie na minę. Teraz zamiast stopy ma protezę, ale całkiem fachowo zrobioną. Teraz już wiem dlaczego zamiast normalnych butów chodzi w tych uciętych gumowcach.

06 sierpień
Wstajemy... nie wiem, która jest godzina. W każdym razie przesuwam wskazówki zegarka o kolejną godzinę do przodu. Tak więc robi się już różnica sześciu godzin do czasu, który teraz jest w Polsce. Zbliżamy się do Krasnojarska, Polskę pozostawiamy coraz dalej za sobą, a przed nami coraz bliżej nasz wymarzony cel: Chiny.
Ludzie w pociągu znowu się zmieniają. Teraz pojawiają się ludzie z mongolskimi rysami. Jednak i tak dominują ,,tradycyjni" Rosjanie. Ci jak się uśmiechną - a śmieją się nadzwyczaj często - to z każdego kąta naszego wagonu błyszczą złote zęby. Rosjanie chyba takie mają poczucie piękna - złote zęby. Niektórym to pół szczęki się błyszczy.

07 sierpień
Budzę się o 7:00 rano. No i doczekuję się stacji... Irkuck. Aśka dzisiaj zabija pięknego karalucha, którego zobaczyła Renia na mojej ścianie. Podobno miał 2 - 3 centymetrów. Kiedy go zabiła wyrzuciła na ,,korytarzyk, a po pewnym czasie przechodząca pani prowadnik podniosła tego karalucha i zabrała. Wrrrrr... No i w końcu Bajkał!!! Otaczają go góry i to całkiem pokaźne, dochodzące do 2 000 m npm.
Robiąc zdjęcia Bajkałowi zostajemy zaczepione przez miłego oficera Vladimira, który jedzie na granicę rosyjsko - chińską do Heihe, gdzie będzie pracował przez dwa lata. Dilszot oczywiście jest obrażony, co demonstruje w widoczny sposób. Eh, ci mężczyźni na całym świecie są tacy sami. Mówi, że takiego oficera to trzeba ,,ubić". Mam nadzieję, że tego nie uczyni. Choć licho wie, co takiemu może przyjść do głowy.
W Cita mamy być jutro o 5:30 czasu lokalnego, czyli drobne osiem godzin różnicy do czasu warszawskiego. Wszystkie odjazdy i przyjazdy w całej Rosji podawane są według czasu moskiewskiego.

08 sierpień
Wstajemy koło 5:30, to już dzień wysiadki. Jak to szybko zleciało... Abdul z Dilszotem na swoje ,,domowe" stroje wciągają garnitury. Hih cóż to za moda to ja nie mam pojęcia. Dilszot na koniec mówi, żebyśmy zapamiętały tylko dobre chwile, a za to co ewentualnie było nie tak, zaczął przepraszać. Jak dla mnie to nieźle. Nawet Abdul stał się teraz bardziej ludzki, bo ku mojemu ogromnemu zdziwieniu pomaga nam ściągać bagaże z półek. A jakby tego nie było dość, to jeszcze dziękuje za kurowanie go, co przełożyło się na to, iż czuł się teraz po stokroć lepiej. Po prostu cud! Allach akbar! Allach jest wielki! Jednak cuda się zdarzają. Cita... jeszcze chwila i wysiadamy na stacji. Siedzimy sobie w poczekalni, obserwuję podróżnych i widzę, że naprawdę musimy być blisko Chin.... te rysy twarzy ludzi przemieszczających się na dworcu...
W końcu dochodzi 13:20, ma się rozumieć czasu moskiewskiego, czyli odjazd do Zabajkalska. Ruszamy do naszych wagonów. Przed wejściem czeka już pani prowadnik wagonu, ale... nie możemy wejść, bo wejście zatarasowali nie kto inni, a Chińczycy we własnej osobie i ani myślą się odsunąć, tym bardziej, że są zorganizowaną grupą i bilet zbiorczy ma tylko jedna uprawniona do tego osoba! Nie przepuszczą nas. Dzięki wrzaskom pani prowadnik udaje nam się wejść do wagonu, przebijając się przez tłum Chińczyków. Za nami ładują się oni. Uff, jesteśmy w środku, ale mamy pecha, dostajemy łóżka na końcu wagonu przy toalecie. Wagon zajmują prawie w całości same Chińczyki. Tylko na końcu jesteśmy ja z Aśką i kilkoro Rosjan. Szybko dowiadujemy się, że dla Rosjan są oni zakałą. Nieźle, naprawdę nieźle jak na sam początek, a my przecież do nich jedziemy!!!
Do wieczora prowadzę obserwacje, na podstawie których mam odczucie, że czekają nas niesamowite wrażenia, zarówno w sensie pozytywnym jak i negatywnym. Na razie po zachowaniu Chińczyków widzę więcej negatywnych stron. Poza tym mina Aśki mówi sama za siebie, coś mi się wydaje, że zastanawia się nad tym co ona tutaj robi. A Chińczycy zachowują się tragicznie raz, że głośno, dwa że przez całą drogę jedzą zupki chińskie (a ja myślałam, iż to tylko taki chwyt reklamowy z tymi ,,chińszczakami")oraz jajka, cebulę i czosnek, trzy - śmierdzą niesamowicie, po czwarte wszystkie niepotrzebne rzeczy na bieżąco wyrzucają przez okno, po piąte trzaskają drzwiami jak idą do toalety i po szóste plują na podłogę, a podłoga w toalecie wygląda tragicznie i po siódme - w sumie najlepsze - kręcą się po wagonie jakby ich pszczoła pokąsała i ubrani są w... KALESONY!!! To chyba wystarczająco dużo jak na pierwsze spotkanie i to jeszcze na terytorium Rosji, aż się boję myśleć co będzie dalej.
Renia z Karolą trafiają lepiej... większość w ich wagonie to Rosjanie. Poza tym poznają Elenę, która jedzie do Chin z grupą uczniów na kurs językowy. Jest na tyle miła, że obiecuje pomóc nam przedostać się przez granicę. Dochodzi wieczór, czas aby zjeść jakąś kolację. Wybieramy kisiele, ale przez to, że Chińczyki żrą te swoje ogromniaste zupki, woda w samowarze nie nadąża nagrzać się i zamiast gęstego kisielu mamy pływający proszek w wodzie. Nie nadaje się to do jedzenia. Niech to licho!!! Trudno będziemy jeść kanapki. Potem idziemy spać, ale jest to trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe... Chińczyki cały czas latają do toalety i trzaskają drzwiami. Pomimo tego, że drzwi są zaryglowane, bo ktoś tam siedzi, to i tak próbują tam wejść używając siły, wyważając prawie drzwi. Od tego okropnego ŁUP ŁUP zaczyna mnie już głowa boleć i nie jest to przenośnia, a prawdziwa rzeczywistość. Gdzieś dopiero koło północy ruch jako tako zamiera i udaje mi się zasnąć... mam nadzieję, że mnie jutro nie obudzą!

09 sierpień
Nie śpię zbyt długo, bo około godziny 6:00 rano ponownie rozpoczyna się ŁUP ŁUP drzwiami. Czy te Chińczyki nie mają spania??? Kiedy jednak widzę krajobraz za oknem od razu złość odchodzi, bo właśnie widzę najprawdziwszy w świecie step! Po raz pierwszy w życiu widzę step!!! Trawiasty po horyzont! Nie mogę się wręcz napatrzyć. Lekko falisty lub równinny teren porośnięty zieloniutką trawą.
Dochodzi 10:00 i możemy opuścić ten wagon z Chińczykami. Co za ulga! Jesteśmy w Zabajkalsku. Poznajemy grupę młodzieży, z którą pojedziemy na terytorium Chin. Droga, która prowadzi na przejście graniczne jest tragiczna, same wyboje, tak więc czuję się jak wieziony worek kartofli. Zanim jednak staniemy do odprawy rosyjskiej musimy dokonać jakichś dziwnych opłat. W końcu jedziemy na terminal odprawy rosyjskiej, wysiadamy, wchodzimy do budynku, odprawa paszportowa, prześwietlenie bagażu. Wszystko to idzie w miarę sprawnie i bez kłopotów. Opuszczamy w ten sposób Rosję i wsiadamy ponownie z naszymi bagażami do autokaru i jedziemy na terminal odprawy chińskiej. Powtarza się ta sama historia... ponownie wyładowujemy cały nasz bagaż, wchodzimy do budynku, wypełniamy deklaracje celne i ruszamy do odprawy. I tutaj zaczyna się zabawa. Chińczyki przeglądają nasze paszporty jakbyśmy były z Marsa. Hmm, chyba rzadko jakiś Polak tutaj się zapędza. Witajcie Chiny!!! Jesteśmy na terytorium Chin po tygodniowej długiej, ale przyjemnej jeździe przez Rosję. Dokonujemy małego skoku w czasie. Teraz dla odmiany cofamy nasze zegarki o dwie godziny do tyłu, tak że robi nam się znowu południe. Po raz kolejny wsiadamy z bagażami do autokaru i jedziemy do pierwszej chińskiej miejscowości - Manzhouli Elena zabiera nas do swojej szkoły i obiecuje wykonać kilka telefonów, ale najpierw zaprasza nas do stołówki na pierwszy chiński obiad. Hmm jak tu nie skorzystać z takiej okazji? Idziemy i po raz pierwszy jemy obiad pałeczkami. Po obiedzie Karola i Renia idą kupić wodę, a ja i Aśka zażywamy kąpieli pod normalnym prysznicem w miarę normalnej łazience.
W końcu wracają dziewczyny, a raczej wbiegają. Każą się nam szybko zbierać, bo udało im się kupić bilety do Harbinu, a pociąg odjeżdża za niespełna godzinę. Wpadamy w lekki popłoch zbierając wszystkie nasze graty, a czynimy to w iście rekordowym tempie. Elena Aleksandrowna, bo tak dokładnie nazywa się pomagająca nam Rosjanka szybko zatrzymuje nam dwie taksówki, którymi jedzie z nami na dworzec. Teraz mamy do czynienia z małą ciekawostką, bo taksówkarz siedzi w... metalowej klateczce! Naprawdę! Jest to ochrona przed prawdopodobnym napadem. Nowoczesny wynalazek. Biegiem trafiamy do wagonu, wsiadamy i z biegu wzbudzamy w całym wagonie zainteresowanie skośnookich. Elena jeszcze na koniec zapisuje mi swój numer telefonu w zeszycie, bo kto wie czy jeszcze nam się kiedyś nie przyda... Kiedy tylko ulokowałyśmy się na naszych miejscach rozpoczyna się przysłowiowy kabaret. Po chwili wokół nas zaczyna rosnąć tłum ciekawskich. Przyglądają się nam z ciekawością. Hmm, czuję się jak małpa w klatce, którą przychodzi się obejrzeć, no ale niech im będzie może tutaj nie ma zbyt wielu turystów, a tym bardziej samych dziewczyn. Ale to oglądanie nas jest tylko wstępem... jeden z Chińczyków przynosi kolekcję rosyjskich monet, bo myśli, ze my stamtąd. Na to Renia w odpowiedzi pokazuje nasze polskie monety. Ten Chińczyk jest zachwycony, chce mieć coś takiego, toteż Renia ostatecznie daje mu ,,zestaw" polskich, drobnych monet. Ale na tym się nie kończy, bo jak ten Chińczyk dostał, to czemu inni też nie mogą tego żądać od nas? A ten Chińczyk pomimo tego, że dostał już, chce jeszcze więcej. Co za nienasycony naród! Każdy z ludzi wiszących nam nad głowami coś do nas mówi i nie może zrozumieć dlaczego my nie rozumiemy. Tragedia! W pewnym momencie postanawiamy zagrać sobie w ,,tysiąca", co oczywiście jak magnes ściąga tłumy ludzi. Próbują nawet odgadnąć zasady gry..., ale nie idzie im nadzwyczajnie, bo jak tu zrozumieć coś takiego jak ,,meldunek" w grze. Kiedy tłum nas prawie przygniata pojawia się młody człowiek - Feng, który ku naszemu zbawieniu używa języka angielskiego. Pozostali Chińczycy są najwyraźniej niezadowoleni, że ten młody człowiek tak swobodnie z nami rozmawia i się rozumiemy, a oni nadal nie wiedzą co i jak. Stoją wokół nas z otwartymi ustami i wpatrują się w niego jak w jakieś bóstwo. Śmieci... jest ich astronomiczna ilość. Na końcu wagonu - gdzie tak na marginesie były nasze miejsca - jest mały korytarzyk, w którym znajdują się dwie toalety oraz otwarte pomieszczenie z umywalką i śmietnikiem, który w momencie zapełnienia jest wyrzucany przez okno... Co jakiś czas ,,szef" wagonu biegnie z szufelką i miotłą przez środek wagonu, zgarniając wszystkie śmieci rzucane na podłogę...

10 sierpień (sobota)
Już od samego rana mamy stałe towarzystwo, które nadal próbuje wyciągnąć od nas kolejne polskie monety. Nie mogą zrozumieć, że już nie mamy tych monet. Nie wiem, ale chyba myślą, że wozimy tego całe worki! Nie ma, skończyły się!!! Wysypujemy się z pociągu. Feng, Karola i ja biegniemy do kas, żeby kupić bilety do Pekinu, a Aśka i Renia zostają w tyle. Mamy się spotkać przed dworcem, chyba jeszcze nie wiem co to oznacza...
Tłum ludzi zmierza do wyjścia niczym rzeka. Nie da się nikogo wyprzedzić, a w podziemnym przejściu widać morze chińskich głów. Nagle okazuje się, że aby opuścić teren dworca trzeba pokazać przy specjalnych bramkach bilety... no tak, a wszystkie bilety trzymam ja. Daję więc Karoli jej bilet i razem z Fengiem idą do kas. Ja z kolei czekam na dziewczyny, bo przecież inaczej stąd nie wyjdą. W końcu doczekuję się ich przybycia i razem zbliżamy się do bramek no i nagle ktoś ans zatrzymuje. O co chodzi??? Zabierają nas do specjalnego pokoju, w którym jest ogromna waga i ważą nasze bagaże. W pewnej chwili pomiędzy Renią, a jednym z Chińczyków wybucha wściekła awantura, bo on kopie jej bagaż. Renia krzyczy, Chińczyk ją szarpie. Robi się niemiła sytuacja. Próbujemy z Aśką ją zażegnać, żeby czasem tamtym gościom nie zachciało się nas aresztować. Renia przez cały czas się wścieka, a my próbujemy dogadać się, ale nic z tego. Mój plecak waży 22 kilogramy, przynajmniej wiem jaka jest jego waga, podobno o 2 za dużo. Jak się domyślamy są za ciężkie i mamy płacić jakąś karę, ale nie wiemy ile. W końcu wpadam na pomysł, że zapłacę za jeden bagaż 8 yuanów i biegnę szukać Karoli i Fenga. Feng rozmawia z urzędnikami i tłumaczy nam o co chodzi. Dopuszczalna waga bagażu wynosi 20 kilogramów, wszystko co ponad, to nadbagaż, za który trzeba zapłacić. Dziewczyny płacą za swój bagaż. Poza tym opowiadają, co się działo w owym pomieszczeniu, kiedy poszłam po Fenga. Jak mówią miały niezłą zabawę, bo widziały wchodzące do tego pomieszczenia matki z dziećmi. Chińczycy ustawiali dzieci pod ścianą na której była linijka i jeśli dziecko było za małe to trzeba było jeszcze coś dopłacić...
Feng pomaga nam kupić bilety na autobus do Pekinu, bo w Harbinie nie ma biletów na pociąg na najbliższe dwa dni. Będzie nam dane jechać sypialnym autobusem, który z Harbinu do Pekinu jedzie 14 godzin. Chyba jakiś ekspres czy co? Bo, który autobus przejedzie 1200 kilometrów przez 14 godzin.
Kupujemy bilety i okazuje się, ze mamy jeszcze kilka godzin do odjazdu. Dlatego też zostawiamy nasze bagaże w bagażniku autobusu. Robię to z mieszanymi uczuciami, mam nadzieję że kiedy wrócimy to zastaniemy nasze tobołki całe i w komplecie. Bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i idziemy zobaczyć miasto. Na odchodnym właściciel autobusu daje nam swoją wizytówkę, że jakby co to mamy zadzwonić. Hmm, a ciekawe czy pomyślał o tym jak my się z nim dogadamy jeżeli on nie zna angielskiego, a my chińskiego???
Chińczyki ładują się do autobusu z siatami jedzenia. Hmm, czyżby znowu zamierzali pochłaniać takie ilości pożywienia?


Wstecz
Dalej