DZIENNIK Z PODRÓŻY:
11 wrzesień
Leje... budzę się w nocy kilka razy i pada deszcz, a kiedy otwieram oczy rano... pada jak nie wiem co. Czyżby jesień nadeszła do Pekinu???
W strugach deszczu idziemy na przystanek autobusowy. Na dworcu pekińskim lądujemy dość późno. Szukamy najpierw naszej hali, bo mamy obawy, że tam już tłumy ludzi czekają i nie zdążymy stanąć dogodnie przy bramkach wejściowych na peron.
Kiedy wpadamy do naszej hali okazuje się, że ludzi nie ma aż tak dużo, poza tym oglądają teledyski muzyczne na telebimie, a właściwa hala oczekiwania jest za tą w której oni siedzą. Nie namyślamy się długo i zdecydowanym krokiem przebiegamy przez halę pełną Chińczyków i wpadamy do drugiej, gdzie ludzi jest niewiele. Musimy dość interesująco wyglądać pędząc tak przez tę halę z taką ilością bagażu. Widać, że Chińczyki nie pozostają obojętne na nasz bieg, bo też się zrywają i za nami zmierzają do drugiej hali. Czyżby się przestraszyli, że zajmiemy im wszystkie miejsca?
W drugiej hali zajmujemy strategiczną pozycję przy bramkach, zrzucając bagaż tak, aby nam żaden Chińczyk nie władował się przed nas. My jesteśmy pierwsze. Tłum Chińczyków za nami już się zagęścił. Nawet robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, bo to ostatni desant na pociąg chiński, a poza tym za plecami mamy tłum Chińczyków, tym razem nie jesteśmy za nimi. Hihi, wystarczy spędzić trochę czasu w takim kraju, a już można zachowywać się tak jak oni i dobrze na tym wychodzić. Nie mija parę chwil, a bramka się otwiera, my już jesteśmy przygotowane do startu i pędzimy. Biegiem do wagonu!!! Tym razem bijemy rekord świata, bo z taką ilością bagażu udaje nam się dobiec do pociągu jako pierwsze. Wita nas zdziwiony konduktor naszego wagonu. Chyba jest pod wrażeniem tego, jak udało nam się być pierwszymi na peronie. Spokojnie możemy załadować nasze toboły na półki i jechać te trzydzieści trzy godziny bez wizji ciągłego przestawiania naszych plecaków z przejścia pomiędzy siedzeniami. Mamy też ,,czwórkę" miejsc pod oknem. Hmm, lepiej być nie mogło.
Z Pekinu wyruszamy o 9:40. Pociąg o dziwo jest bardzo czysty i to przez cały dzien. Nie pojmuje dlaczego na jednych liniach jest czysto, a na innych dzieje się sodoma i gomora.
12 wrzesień
Ranek budzi nas mandżurską jesienią za oknem... Drzewa zmieniły kolor liści na jesienny, a jeszcze wczoraj byłyśmy w Pekinie, gdzie o nadciągającej jesieni mówił padający deszcz. Dziwny to dla mnie widok. Przez tyle czasu było tak bardzo zielono, a tu teraz taka jesień. I to na dodatek tak nagle.
Do Manzhouli przyjeżdżamy tuż przed 19:00. Wysiadamy z pociągu. Wchodzimy z peronu po schodach prowadzących do wyjścia z dworca. Docieramy do ostatniego schodka i tu czeka na nas niemiła niespodzianka. Pan w mundurze zabiera nam bilety i prowadzi do pomieszczenia z wagą... No nie... tylko nie to! Będziemy płacić za nadbagaż. Okazuje się że mamy zapłacić 208 yuanów (104zł) za ten nasz nadbagaż!!! A w portfelu mamy tylko 8 yuanów! Pokazujemy Chińczykom, ze nie mamy już chińskiej waluty, tylko rosyjska. W końcu biorą równowartość tych 200 yuanów w rublach (800), co i tak znacznie nadszarpuje nam kieszeń. Cała sytuacja długo trwa, bo Chińczyki zostawiły sobie nas z tym płaceniem na koniec, a najpierw zabrali się za swoich ziomków. Nie wiem jakimi oni stawkami tutaj się posługują, ale są one barbarzyńskie, ciekawe na ile ans naciągnęli. Całe szczęście, że już stąd wyjeżdżamy.
Wychodzimy przed dworzec, a tu zapadł już zmierzch. Ani widu, ani słychu jakiegoś busa, co by nas zawiózł na granice Tak więc moje przypuszczenia sprawdziły się i utknęłyśmy na noc w Manzhouli. Idziemy więc do miejsca, w którym mamy nocować. Jednak nie jest to koniec naszych problemów, bo zaraz okazuje się, ze w tym miejscu nie możemy nocować, gdyż nie pozwala na to miejscowa policja. Mamy iść do odpowiedniego hotelu. Chinka prowadzi Aśkę na komisariat, ale nic to nie daje, mamy się przenieść bezwzględnie do hotelu dla cudzoziemców.
Aśka nagle wpada na pomysł żeby zadzwonić do Eleny, która pomogła nam tutaj miesiąc temu. Szukamy jej telefonu moich zapiskach. Jest! Aśka dzwoni..., a słysząc donośny wrzask Aśki wiemy, ze rozmawia z Eleną. Jesteśmy uratowane. Wracamy pod dworzec, gdzie po dziesięciu minutach pojawia się nasza wybawczyni. Aśka jest tak uradowana, ze z tego wszystkiego zapomina mówić po rosyjski i mówi do Eleny po... polsku.
Ładujemy się do dwóch taksówek i jedziemy do szkoły Eleny. Dostajemy na kolację trochę ruskich pierogów. Mniam pychota, ale smakują po tak długim czasie żywienia się kuchnią chińską.
Po kolacji czeka nas coś fantastycznego... wizyta w bani, czyli w chińskiej łazi, chyba zmałpowanej od Rosjan. Najpierw idziemy pod prysznic gdzie się myjemy, potem włazimy do sauny, gdzie mam wrażenie, że zaraz się uduszę, jest tak gorąco. Na koniec robią nam masaż. Hmm, chyba jestem w raju!!!
13 wrzesień (piątek!!!)
Dzisiaj trzynasty i jakby tego było mało jeszcze piątek, a my zamierzamy przekroczyć granicę z Rosją. Mam nadzieję, że obędzie się bez jakichś niespodzianek, choć licho nie śpi.
Na granicy Elena wsadza nas do w chińskiego busa i nawet płaci za niego 100 yuanów, nawet nie chce słyszeć o tym abyśmy cokolwiek jej zwróciły... hmm, złota kobieta. Chińczyki ładują w samochód ile wlezie, musimy uważać na nasze walizki, bo traktują je jak worki z kartoflami, a ja mimo wszystko chciałabym, żeby moje rzeczy całe dotarły do domu.
Dojeżdżamy do budynku odprawy chińskiej i musimy się wszyscy wypakować z busa, zarówno ludzie, jak i cały nasz bagaż, z którym idziemy do budynku. Odprawa chińska przebiega szybko, wbijają nam pieczątki wyjazdowe i już... W taki sposób opuszczamy kraj. Teraz znowu wszyscy musimy się zapakować do busa, jedziemy kilkaset metrów do budynku odprawy rosyjskiej. Znowu się zatrzymujemy, wyładowujemy wszystkie rzeczy i idziemy do hali odpraw. Tutaj już nie jest tak szybko. Dopiero otwierają przejście graniczne, jesteśmy pierwsi, a za nami do budynku ściąga coraz więcej i więcej chętnych przekroczenia granicy. Ustawione do odprawy kolejki w szybkim czasie zamieniają się w chaos, bo przecież żaden Chińczyk nie uznaje kolejek i kiedy wchodzą do budynku od razu idą na początek kolejki. Tak, że na początku "kolejki" robi się już niezłe zamieszanie. Oczywiście nikt się nie denerwuje oprócz nas... Rosyjska straż graniczna, tylko się przechadza i sprawdza, aby Chińczyki nie zrobiły jakiegoś chaosu przy samych okienkach, gdzie może przebywać tylko jedna osoba.
Docieramy do okienka odpraw, gdzie nasza odprawa trwa dość długi czas, ale w końcu jednak Rosjanie stemplują nam paszporty i nareszcie jesteśmy w Rosji.
Uff, przeszłyśmy, a teraz ostatni raz pakujemy się do tego busa, który wiezie nas na dworzec w Zabajkalsku. Docieramy, wypakowujemy bagaże i przychodzi do zapłaty... Wyciągam dwieście rubli, bo o takiej sumie mówiła Elena. Okazuje się, że Chińczyk chce dwieście rubli, ale od każdej osoby. Nie chcemy im więcej płacić, tym bardziej, że dostali już dwieście yuanów!!! Wielki Chińczyk łapie za moja i Reni walizkę. Zaczyna się niezła szarpanina. My z Renią walczymy o nasz bagaż. Aśka w pewnym momencie krzyczy: "policja!!!". W tym momencie Renia wbija się w dłonie wielkiego Chińczyka, który puszcza nasze walizki, a my zabieramy się na dworzec. Aśka dostaje niezłego tempa pędzenia w stronę budynku dworca, ze nawet nie jesteśmy w stanie jej dogonić. Na odchodnym Chińczyki nam wygrażają i nazywają nas chuliganami. Też coś!!!
Dochodzimy do budynku dworca, gdzie Aśka z Renią udają się do biura, gdzie mają być zabukowane miejsca na pociąg do Cita. Wszystko jest już załatwione i bilety dla nas są.. Po zakupieniu tych biletów, Aśka z Renią jadą taksówką do banku wymienić pieniądze, bo okazuje się, ze jest możliwość kupienia tutaj biletów na pociąg z Cita do Moskwy i to na dokładnie ten, którym już jadą ,,Krakowiacy".
Z Karolą siedzimy sobie pod budynkiem dworca i czekamy na dziewczyny, które po dość długim czasie wracają, zadowolone z wymiany pieniędzy no i poza tym znowu przeżyły coś ciekawego. Jadąc taksówką słyszały rozmowę kierowcy i jakiegoś drugiego gościa. Rozmowa dotyczył zapewne jakichś rozrachunków pomiędzy ludźmi z podejrzanych kręgów. Jeden zapytał drugiego, dlaczego tego kogoś ,,nie ubito", a ten drugi odpowiedział mu, że ,,nie było na to miejsca". Hmm,... pozostawiam to bez komentarza... Dziewczyny kupują bilety do Moskwy. Hurra mamy je!!! Jutro trzeba będzie rozglądać się za naszymi znajomymi. Z dworca wyjeżdżamy o 17:15.
14 wrzesień
Dojeżdżamy do Cita, które wita nas 5 stopniami ciepła!!! O ile to w ogóle można nazwać ciepłem!!! Zimno diabelnie. Zwłaszcza po takich upałach jakich doświadczałyśmy, to zimno jest nad wyraz przejmujące. Dobrze, że nasz pociąg jest już za dwie godziny.
Nagle dowiadujemy się z informacji z megafonu, że nasz pociąg ma opóźnienie... trzech godzin!!! No nie... Rozkładamy się więc w hali przy kasach, myjemy się w pobliskiej toalecie i jemy śniadanie.
Kiedy stoimy już na peronie, to przyjazd pociągu przesuwają jeszcze dwa razy. W końcu jednak wjeżdża spóźniony dokładnie o cztery godziny i dwadzieścia minut. Biegniemy do naszego wagonu numer trzynaście i ku naszej radości z wagonu obok wyskakują "Krakowiacy", którzy pomagają nam władować się do wagonu. Miejsca tym razem wskazuje nam prowadnik wagonu.
Każdy z nas opowiada o swoich wrażeniach z przekraczania granicy chińsko - rosyjskiej. My z Manzhouli, "Krakowiacy" z Heihe i napotkani geolodzy we Władywostoku. Z naszych rozmów wynika, że najlepiej na tym wyszli oczywiście nasi znajomi "Krakowiacy", a najgorzej, ci którzy przekraczali granicę w okolicach Władywostoku. Ci ostatni mieli najgorzej, bo Chińczycy za przekroczenie granicy pobrali od nich pokaźną opłatę, co oskubało ich doszczętnie, tak, że teraz w pociągu sprzedają termosy i kurtki.
15 wrzesień
Za oknem widzę lekko prószący śnieg... a jednak zima! W miarę naszej podróży pada coraz bardziej i bardziej! Cały otaczający ans świat zaczął pokrywać się białym puchem, a to dopiero 15 wrzesień. Nie mogę w to uwierzyć. Prawdziwa zima w samym środku września, no ale przecież to Syberia. Jednak tego to się nie spodziewałam.
W końcu pociąg zatrzymuje się na stacji i wszyscy podróżni wylegają na peron. My również, żeby zrobić sobie zdjęcia z tym śniegiem i w ogóle go dotknąć. Na peronie spotykamy oczywiście naszych znajomych z wagonu obok, robią to samo, co my. Zimno, jak w psiarni i sypie mokrym śniegiem. Aśka wybiega porozbierana... chce ten moment uwiecznić na zdjęciu. nawet prezentuje na peronie krótki rękawek!!! Brr, zimno!!! Ja wyskakuję poubierana... w kurtkę. Kiedy już nacieszyliśmy się śniegiem pędzimy na szybkie zakupy: woda, ziemniaki, jajka (!!!), pieczone pierogi.
16 wrzesień
Pobudka o poranku hihi, właśnie mija dziesiąta rano. Cofam sobie zegarek o kolejną godzinę do tyłu i robi się pięciogodzinna różnica do czasu polskiego.
Koło jedenastej czasu miejscowego dojeżdżamy do Nowosybirska. Na dworcu oczywiście wysiadamy. Temperatura oczywiście rześka, ale i tak znacznie wyższa niż wczoraj, bo około plus sześciu stopni. Nawet to nie jest w stanie powstrzymać Renię od jedzenia kolejnego loda.
Dzisiaj Paweł i Bartek odwiedzają nas, bo teraz mamy już sporo miejsca do siedzenia. Dzień mija nam na kolejnej pogawędce. Oczywiście plotkujemy do godziny 22:00 i nikomu nie chce się tego kończyć. W naszym kąciku jest, jak w ulu, tak wszyscy rozmawiają. Jednak w końcu gaszą w wagonie światło, co oznacza, że czas spać... A szkoda... szkoda. "Wagon numer dwanaście" też wraca do siebie z oporem...
17 wrzesień
Nie chce mi się dzisiaj wstawać. Znowu przestawiam zegarek, do czasu moskiewskiego dzieli mnie już tylko godzina, a do polskiego trzy. Tak w ogóle to nocą minęliśmy Ural, więc Azja pozostała za nami i teraz już jesteśmy na swoim starym kontynencie europejskim. To znak, że czas naszej podróży dobiega ku końcowi.
Koło godziny czternastej, jak już zdążyłam się przyzwyczaić, do wagonu przychodzą Paweł z Bartkiem. Tym razem mają dużo miejsca do siedzenia. Paweł od samego rana szuka swojego zielonego polara, który prawdopodobnie dostał nóg i wyszedł z pociągu z nowym właścicielem. Kiedy Paweł przetrząsał wagon, ktoś mu powiedział, że to już Europa, a w niej trzeba pilnować swoich rzeczy. Wieczorem okazuje się. Że jednak nie tylko polar dostał nóżek, ale i buty Bartka.
Nasze długie rozmowy o wszystkim i o niczym, jak zwykle przeciągają się w nieskończoność. Dzisiaj przegadaliśmy bagatela tylko osiem godzin i to praktycznie bez przerwy. Paweł i Bartek postanawiają zostawić swoje cenne rzeczy, czyli sprzęt fotograficzny pod naszymi dolnymi łóżkami, tak na wszelki wypadek.
18 wrzesień
Czas biegnie nieubłaganie, a już jutro każdy z nas będzie w domu. Do Moskwy przyjeżdżamy z półgodzinnym opóźnieniem. Pociąg wtacza się i wtacza w nieskończoność na Dworzec Jarosławski. Ale w końcu zatrzymuje się i możemy wysiąść. Na peronie spotykamy się z wagonem numer 12 i z tak połączonymi siłami w dziewiątkę ruszamy w kierunku metra, aby przejechać na Dworzec Białoruski. Wzbudzamy oczywiście zainteresowanie, tym bardziej, że koledzy wiozą przytroczone do plecaków dość znacznych rozmiarów bambusy.
Dojeżdżamy a Dworzec Białoruski i szukamy kas, co okazuje się wcale nie takie proste, bo cały czas nas odsyłają od okienka do okienka. w każdej kasie inna cena, a my nie chcemy przepłacać. W końcu po 1,5 godzinie udaje nam się kupić bilety na pociąg do Brześcia. Hmm, mamy tylko półtorej godziny na to, aby zobaczyć Plac Czerwony! Plecaki zostawiamy w jednym z holów pod opieką naszych współtowarzyszy i pędzimy do metra.
W życiu jeszcze nie zwiedzałam w takim tempie. Ale cieszę się z tego, że widzę Plac Czerwony z kolorową niczym z bajki cerkwią, którą zawsze chciałam zobaczyć. Oglądamy w biegu cały plac, mauzoleum Lenina, robimy mnóstwo fotek, tak jakbyśmy tu spędziły co najmniej kilka godzin, po czym biegniemy z powrotem do metra i na dworzec, gdzie wydajemy ostatnie ruble na jedzenie na drogę oraz na... alkohol.
Okazuje się że cała nasza dziewiątka ma miejsca w jednym wagonie!!!, a według informacji mieliśmy być rozrzuceni po całym pociągu, bo miejsc niby brak... Paweł i Bartek mają nawet miejsca obok naszych! Do późnego wieczoru siedzimy i gadamy. Po tych długich pogaduchach była wspólna kolacja, czyli dojadanie resztek, no a potem prosto do łóżek. Kiedy tak śpimy przychodzi jakiś gość, który wymienia pieniądze na białoruskie ruble. Postanawiamy skorzystać z tego i my, bo w Brześciu mamy być o 5:35 czasu białoruskiego, więc może nam się nie udać nigdzie wymienić pieniędzy. Po tej transakcji znowu zasypiamy....
19 wrzesień
Dojeżdżamy do Brześcia... ciemno niczym w środku nocy. Przechodzimy z peronu do budynku dworca nad nami rozgwieżdżone niebo. Najpierw musimy zapłacić dwa dolary tzw. Opłaty ekologicznej bez której nie sprzedadzą nam biletów do Polski. Aśka z Renią biegają i załatwiają, a my z Karola tym razem już nic nie robimy tylko czekamy na gotowe. W miedzy czasie rozmawiając sobie z Pawłem. Co chwilę ktoś nas zaczepia, żebyśmy wzięli trochę papierosów przejeżdżając przez granicę...
Bilety dostajemy na 7:50 do Terespola. Przed bramką tłum przemytników rośnie, a ja myślałam, ze tak to może być tylko w Chinach, a tu proszę też. Nawet powiedziałabym, że jest znacznie gorzej, bo przemytnicy próbują nas startować, bo każdy chce zdążyć z odprawa i wsiąść w ten pociąg. Nawet przeskakują przez barierkę. W końcu udaje nam się dotrzeć do odprawy celnej. Celnicy białoruscy wypytują nas co wieziemy. Nasi współtowarzysze przechodzą bez problemu ja i Karola też... kłopoty zaczynają się z Aśką i Renią. Aśka zostaje "przetrzepana", ale do jej "sklepu monopolowego" na szczęście nie zaglądają. Z Renią jest jeszcze ciekawiej, bo pochwaliła się, ze wraca z Wietnamu, więc celnik zaczął wypytywać ją czy wiezie narkotyki!!! Nawet rozbebesza jaj torbę z aparatem fotograficznym w poszukiwaniu ukrytego drugiego dna. Cale szczęście, że w sumie zabrał się za ten aparat bo w pierwszej wersji kazał Reni wypakować plecak, w którym podobnie jak Aśka ma cały sklep monopolowy.
W końcu zostajemy wpuszczeni do pociągu na dziesięć minut przed jego odjazdem. Przemytnicy białoruscy zaczynają akcję przepakowania towar. Mają niewiele czasu, bo pociąg za dziesięć minut będzie w Terespolu. Chowają na sobie paczki papierosów, wódkę przepakowaną do woreczków, a następnie wkładają je pod ubranie. Nagle kobiety dostają od tych woreczków "muskułów". Kobiety mają też na sobie elastyczne majtki do których upychają woreczki z alkoholem. Niesamowite klimaty. Papierosy najczęściej trafiają do rajstop, które potem są przywiązywane, najlepiej z tyłu szyi pod włosami, wtedy ich nie widać. Inni chowają całą paczkę papierosów do buta. Ale ci przemytnicy mają sposoby. Przyglądam się temu wszystkiemu i nie mogę w to uwierzyć, mam wrażenie jakbym oglądała taki program telewizyjny "Granice" kręcony właśnie z przejść granicznych o tym, co potrafi przemytnik.
Kiedy docieramy do Terespola, wysiadamy pierwsi. Stojąc przed wyjściem widzimy cały stosik pustych butelek po wódce... Ciekawe, co na to celnicy... Polscy celnicy puszczają nas, zwłaszcza, że na drugim peronie do odjazdu już szykuje się nasz pociąg do Warszawy. Biegniemy z całą nasza masa bagaży. Musimy wyglądać niesamowicie. Żałuję jedynie tego, ze nie mogłam zobaczyć, jak celnicy sprawdzają tych przemytników, bo w sumie trudno nie zauważyć tego, co oni wiozą.
Sympatyczny konduktor z kresowym akcentem wykazuje maksymalną cierpliwość przy wypisywaniu biletów, gdyż każdy jest inny. Trwa to sporo czasu, ale ostatecznie każdy ma taki bilet jaki chciał.
Przestawiamy zegarki, to już nasz czas polski, a więc każdy dzwoni do domu, aby zameldować, że jest już w kraju. Do Warszawy dojeżdżamy o 10:15. Na dworcu Warszawa Wschodnia wysiadam ja, Renia i Aśka. Wszyscy się serdecznie żegnają. Na Centralnej ma wysiąść Karola, a reszta jedzie do Częstochowy, gdzie ma dalsze przesiadki. A my do domu w kierunku Gdańska...
Wstecz